Zygmunt Sutkowski nie żyje!

Był postacią nietuzinkową, wręcz wyjątkową. Wielu ludzi nie wyobraża sobie polskiego tenisa stołowego bez Zygmunta Sutkowskiego. Trudno, by było inaczej, skoro wrocławianin związany był z tą dyscypliną od ponad pięćdziesięciu lat!

Przez czterdzieści trzy szefował Dolnośląskiemu Okręgowemu Związkowi Tenisa Stołowego, przez ponad trzy dekady towarzyszył naszym reprezentacyjnym pingpongistom w różnych kategoriach wiekowych (głównie w charakterze kierownika ekipy) podczas najpoważniejszych imprez międzynarodowych. I choć ukończył 84 lata, był tak aktywny, iż wiadomość o Jego śmierci zaskoczyła całe sportowe środowisko. Odszedł w minioną sobotę, w szpitalu, przegrawszy walkę z koronawirusem. Znałem Zygmunta od początku mojej pracy w charakterze dziennikarza sportowego, zrobiłem z Nim kilka wywiadów telewizyjnych i prasowych, odbyłem co najmniej dziesiątki rozmów. Średnio raz na kilka tygodni dzwonił do mnie, dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat kondycji rodzimego sportu, zwłaszcza młodzieżowego. Pamiętam rok 2011, kiedy mimo wielu sukcesów dolnośląskich pingpongistów, usłyszałem od Prezesa Tysiąclecia (taką ksywę nadano mu z racji długoletniego szefowania DOZTS): „Dyscyplinie grozi katastrofa. Jeszcze niedawno we Wrocławiu mieliśmy 10 sekcji tenisa stołowego, dziś pozostały zaledwie trzy. Nie ma pieniędzy na podstawowe szkolenie, brak środków na trenerów, próżno szukać specjalistycznej sali. Jestem rozczarowany postawą ministra Giersza, z którym  jako – człowiekiem wywodzącym się z pingpongowego środowiska – współpracowałem przez 25 lat. Wydawało mi się, że pewne rzeczy powinny być dla niego oczywiste. Ale nie są. To już 42 lata mojej prezesury w okręgowym związku i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że tak źle, jak obecnie, jeszcze nie było”. Jednak i w mieście dostrzegał brak zainteresowania dyscypliną. „Szkoda, że w roku 65-lecia DOZTS nie udało się zorganizować seniorskich mistrzostw Polski. Ale warunki finansowe stawiane przez szefostwo Orbity (czyli tak naprawdę miasto) były nie do przyjęcia. Pozostaje żal, bo chyba sobie na takie potraktowanie nie zasłużyliśmy”. Wypowiadając się, Zygmunt nigdy nie kalkulował, nie owijał w bawełnę. Tak było od zawsze. Warto przypomnieć, jak zaczęła się Jego przygoda z ping-pongiem. Otóż w wojsku trafił do Gliwic. Dowódca zaproponował, by po zakończeniu służby wojskowej został w sekcji tenisa stołowego przy CWKA Jowisz. Powiedział wprost: „Będziecie kapralu kierownikiem sekcji, a w ogóle zostaniecie wojskowym. Może być?”. Został, choć mama służyła w armii Andersa, więc raczej – jak sam to określił – nie był „po linii i na bazie”. Ale udało Mu się to rozegrać po swojemu. Sutkowski wychowany był w patriotycznej rodzinie, zawsze wiara miała dla Niego duże znaczenie, nigdy się z tym nie krył. O Jego postawie, umiłowaniu Ojczyzny świadczy m.in. fakt, iż w 1983 r., po zwycięstwie w Helsingborgu nad Szwedami, ówczesnymi mistrzami świata (Zygmunt był szefem ekipy), zaproponowano całej ekipie, by została na zachodzie Europy. Nikt się nie zdecydował. Jak zaznaczył, kiedy zaczynał poważną, działaczowską przygodę z tenisem stołowym, ważna była przynależność do PZPR. „Nie dałem się kupić, choć miałem świadomość, że to będzie źle widziane”. Podobnie jak opinie w rodzaju tej, którą wygłosił przed blisko dekadą o Dolnośląskiej (dawniej Wojewódzkiej) Federacji Sportu, której był współzałożycielem: „Pamiętam trudne, ale dobre czasy Federacji i dlatego boleję nad tym, że teraz tak bardzo kuleje. Brakuje zawodowców, ludzi oddanych określonej idei. A może jestem tak stary, że czegoś nie rozumiem?”. Tytuł tego wspomnienia mówi o Małym Wielkim Człowieku. Zaczerpnąłem go z tytułu powieści Thomasa Bergera oraz filmu w reżyserii Arthura Penna. Bo jak ulał pasuje do postaci Zygmunta Sutkowskiego. Niewielkiego wzrostu, wielkiego serca i pasji, z którą oddawał się ukochanej dyscyplinie. Udzielał się zresztą i na innych niż sport polach. Bo nie potrafił być bezczynny. No i dbał o kondycję, o zdrowie – mimo dość zaawansowanego wieku był częstym gościem na basenie i w siłowni. A potem imponował formą na parkiecie podczas tradycyjnych Balów Sportu (od wielu lat organizowanych przez naszą redakcję). Był przyjacielem „Słowa Sportowego”. Lubiany i ceniony nie tylko przez redakcyjną starszyznę, ale i przedstawicieli młodego pokolenia. Potrafił dogadać się z każdym, zaintrygować swoją energią i opowieściami z bogatego życia. Straciliśmy w Zygmuncie kogoś ważnego. Będzie nam Go brakowało. Niech spoczywa w pokoju.

Za redakcję

Waldemar Niedźwiecki

Rozpoczynamy!

Nastał listopad, a więc rozpoczynamy nasz plebiscyt. Głosowanie potrwa do 10 stycznia.

Miejsce nie do zapomnienia!

Olimpijski rodowód zwieńczony medalem igrzysk, choć w kategorii sztuki, a nie sportu. Mecze Polaków z Niemcami, gdzie obie strony pełniły rolę gospodarzy.

Gościnne Duszniki

Kolejna impreza rozegrana na Tauron Duszniki Arenie. Tym razem były to mistrzostwa Polski w biathlonie na nartorolkach.

Miejski relaks i legendy

W dolnośląskiej stolicy są takie miejsca, które choć ligowego grania w swojej historii nie zaznały, to zna je praktycznie każdy. Zanim zgłoszą się pierwsi, którzy nie mieli pojęcia o bohaterze naszej kolejnej, obiektowej historii, warto zaznaczyć jedno.

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij