Z Jerzykiem i Łukaszem do grupy światowej

Maciej Szumski, poniedziałek, 4 lutego 2013

Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot, Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg w jednej drużynie? To mogło oznaczać tylko jedno – doskonałe tenisowe widowisko, wielkie emocje i sukces. Tak było przez trzy dni we wrocławskiej Hali Stulecia, gdzie reprezentacja Polski pokonała Słowenię w meczu Pucharu Davisa i awansowała do kolejnej rundy światowych rozgrywek.

avatar

Przed blisko czterdziestoma laty Wrocław gościł uczestników mistrzostw Europy w tenisie ziemnym. To był początek wielkiej kariery Wojciecha Fibaka (odpadł szybko) oraz młodej, niezwykle utalentowanej Czechosłowaczki Martiny Navratilowej (wygrała na kortach Stadionu Olimpijskiego). Potem w stolicy Dolnego Śląska musieliśmy długo czekać na przyjazd gwiazd – czy może raczej gwiazdeczek – tenisa. Takie gościły we wrocławskiej Hali Stulecia (dawnej Ludowej) dopiero w związku z turniejem KGHM Polish Indoors. To w nim udanie prezentował się m.in. Łukasz Kubot. A na otwartych kortach Wrocławia marsz do światowej czołówki rozpoczął Jerzy Janowicz. Dziś to rakiety nr 1 i 2 w rodzimym tenisie. Kiedy okazało się, że w pierwszych dniach lutego 2013 roku Polacy spotkają w meczu grupy I strefy euroafrykańskiej Pucharu Davisa ze Słowenią, obaj wymienieni zawodnicy jednym tchem jako miejsce jego rozegrania wymienili Wrocław. PZT przychylił się do tej sugestii, zwłaszcza iż miał mocnych sojuszników we władzach miasta oraz Dolnośląskiego Związku Tenisowego. W reprezentacji kraju znaleźli się wspomniani Janowicz i Kubot oraz zaliczana do światowej czołówki para Mariusz Fyrstenberg – Marcin Matkowski. W rezerwie pozostawał wrocławianin Michał Przysiężny. I choć Słoweńców do kelnerów zaliczyć nie sposób, faworytami spotkania byli biało-czerwoni. Na inaugurację zmierzyli się Jerzy Janowicz i Blaż Kavcić (83. ATP). Od początku inicjatywę przejął 22-letni Polski olbrzym (203 cm wzrostu). Bombardował rywala atomowymi serwisami (240 km/godz.!), czemu sprzyjała nawierzchnia kortu – Deco-Turf – w Hali Stulecia, a w ekstazę wprowadził publiczność fantastycznym returnem w piątym gemie. Pierwszy set 6:3 dla Janowicza. A propos publiczności. Przedstawiciele obu reprezentacji byli zachwyceni wypełnioną niemal do ostatniego miejsca widownią – ponad 4 tysiące kibiców to rekord frekwencji w naszych meczach Pucharu Davisa. Do tego widzów znakomicie reagujących na wydarzenia na korcie. W drugim secie wyrównana walka trwała do stanu 3:3 (w trzecim gemie Janowicz prowadził przy swoim podaniu 40:0, a mimo to go przegrał), potem zaznaczyła się dominacja 26. rakiety świata. Po trzecim przełamaniu Janowicz zwyciężył 6:3. Najbardziej zacięty był set trzeci. Kavcić walczył do stanu 5:5, jednak decydujące piłki w tej partii należały do Jerzyka, jak go nazywają koledzy i dziennikarze (a od niedawna także kibice). Polak wygrał ją 7:5 i całe spotkanie 3:0. Na konferencji prasowej Kavcić powiedział, że nie grał dotąd z tak agresywnym rywalem. Potem na kort weszli Łukasz Kubot i wyżej od niego notowana (60. ATP), pierwsza rakieta swego kraju Grega Żemlja. Spodziewano się zaciętego pojedynku, tymczasem świetnie dysponowany lubinianin (urodzony w Bolesławcu, przez wiele lat reprezentował barwy wrocławskiego KKT) nie dał Słoweńcowi najmniejszych szans. Podobnie jak Janowicz potężnie zagrywał – kilka gemów kończył asami, świetnie returnował, odważnie biegał do siatki. Prezentował tenis urozmaicony, a co najważniejsze skuteczny. Pierwszy set 6:3 dla Kubota, drugi – po dwóch przełamaniach – 6:2, w trzecim bezradny Żemlja został przez Polaka totalnie stłamszony. 6:0 wystarczy za wszelki komentarz. Po pierwszym dniu Polska prowadziła więc 2:0 i do awansu do kolejnej rundy brakowało już tylko jednego zwycięstwa. To miał nam zapewnić nasz eksportowy, wysoko notowany w światowej hierarchii debel Matkowski – Fyrstenberg, zwłaszcza że goście desygnowali do gry dwójkę mających w nogach piątkowe spotkania singlistów. Kavcić i Żemlja wystąpili w grze podwójnej z konieczności, bowiem Słoweńcy nie posiadają wartościowej, zgranej pary.
Emocje i rozczarowanie
Debliści zafundowali widzom w Hali Stulecia i przed telewizorami prawdziwy maraton. Było to o tyle zaskakujące, iż zdecydowanymi faworytami byli Polacy, którzy mieli szybko zakończyć spotkanie, zapewniając już po dwóch dniach awans naszej reprezentacji do następnej rundy. Stało się inaczej za sprawą dobrej, ambitnej postawy gości, ale i pełnej – często prostych – błędów gry Matkowskiego i Fyrstenberga. To, niestety, od pewnego czasu coraz częstszy scenariusz w wykonaniu zawodników, którzy jeszcze w połowie ub. roku plasowali się w indywidualnym rankingu deblistów na 6. i 7. miejscu na świecie. W pierwszym secie Polacy dali się trzy razy przełamać i przegrali tę partię bezdyskusyjnie 3:6, kończąc ją podwójnym błędem serwisowym w wykonaniu Matkowskiego. Set drugi miał diametralnie inny przebieg. Świetnie podawał Fyrstenberg, sprytnie kończył akcje przy siatce Matkowski, więc Polacy zwyciężyli 6:2. Kolejny set to ponownie seria błędów naszych reprezentantów (3 podwójne z serwisu), którzy momentami sprawiali wrażenie, jakby grali z sobą po raz pierwszy. Stąd szybkie 6:2 dla Słoweńców. Losy kolejnej partii rozstrzygnęły się w gemie siódmym, kiedy przy serwisie Kavcića Polacy przełamali rywali. Seta zakończył asem Matkowski, który wyraźnie zachęcony przez Janowicza okrzykiem: ładuj! wystrzelił piłkę z prędkością ponad 220 km/godz. A więc po czterech setach i dwóch godzinach było 2:2. No i zaczął się maraton. Obie pary wygrywały swoje serwisy aż do stanu 11:11 (!). Niestety, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu faworyci przegrali dwa kolejne gemy i całego seta 11:13, po ponad dwóch godzinach morderczej walki. Słoweńcy sprawili w ten sposób prezent swojemu kapitanowi Blażowi Trupejowi, który w sobotę obchodził 41. urodziny. Była okazja do radosnej lampki szampana.
Rozstrzygała niedziela
Tak więc o tym, kto wyjdzie z polsko – słoweńskiej konfrontacji zwycięsko, rozstrzygały niedzielne pojedynki singlistów. Wystarczyło wygrać pierwszy z nich, a drugi nie miałby żadnego – może poza prestiżowym – znaczenia. A w tym pierwszym rakiety nr 1 obu krajów: Jerzy Janowicz kontra Grega Żemlja. Słoweniec podbudowany wygraną w deblu, ale Polak świadomy swej siły, mocno dopingowany przez wielotysięczną widownię. W trwającym blisko godzinę secie pierwszym nie udało się przełamać rywala, więc doszło do tie-breaka. Atomowe uderzenia Janowicza zapewniły mu wygraną 7:4. W secie drugim Polak szybko uzyskał przewagę 3:0, i potem kontrolował jego przebieg, by zakończyć rezultatem 6:3. Podobny scenariusz miał set trzeci. Mocne serwisy i świetne dropszoty z returnu dały Jerzykowi wygraną 6:3 i Polacy mogli świętować awans do kolejnej rundy. Było to bardzo ważne zwycięstwo, bowiem kontuzja kostki wyeliminowała z ostatniej gry pojedynczej Łukasza Kubota, a że ewentualny zastępca lubinianina Mariusz Fyrstenberg to inna liga, mogliśmy się przekonać w meczu czołowego deblisty z debiutującym w drużynie Słowenii Tomislawem Ternarem (728. ATP). Teraz czeka naszych reprezentantów spotkanie II rundy strefy euroafrykańskiej z ekipą RPA, w której prawdopodobnie zabraknie skłóconego z rodzimą federacją Andersona. Ten mecz rozegrany zostanie w kwietniu, także w Polsce. I to nasi będą w tej konfrontacji faworytami.
Waldemar
Niedźwiecki


źródło: brak danych


Proste pytanie: 10 + 10 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.