Wszystko zaczęło się w Polkowicach

, czwartek, 5 grudnia 2013

Agnieszka Sypień to nie tylko legenda karate kyokushin, to kawał historii polskiego sportu. Przez 15 lat czynnej kariery dorobiła się worka medali, seryjnie wygrywała najpoważniejsze imprezy, z mistrzostwami świata i Europy włącznie.

avatar
Agnieszka Sypień jest legendą karate kyokushin. Przez 15 lat czynnej kariery dorobiła się worka medali

Już kilka razy przymierzała się do rozstania z matą, ale znakomita forma oraz niespokojna dusza ciągle na to nie dawały przyzwolenia. Aż wreszcie nadszedł ten moment. 23 listopada 2013 r. w Ząbkowicach Śląskich Agnieszka po raz – podobno – ostatni zaprezentowała się licznej publiczności, choć już pojedynku o stawkę stoczyć nie musiała. Pretekstem do pożegnania wybitnej karateczki stały się zawody Pucharu Polski. Zakończone sukcesem, tym razem jednak miejsce na podium imprezy zajęła nie Agnieszka, a jej (oraz jej męża Sylwestra) podopieczni.
To już naprawdę koniec?
AGNIESZKA SYPIEŃ:
– Sylwek przypomniał w telewizji znane przysłowie, że kobieta zmienną jest. Ale raczej nie ma już powrotu do czynnego uprawiania sportu. Natomiast nie biorę rozwodu z karate, od 4 lat prowadzimy wspólnie z mężem – z powodzeniem – klub najwyżej sklasyfikowany w krajowym rankingu wśród wszystkich organizacji karate kyokushin, więc powodów do większego smutku nie ma. A sportową karierę kiedyś trzeba skończyć. 15 lat na topie wystarczy.
Pamiętasz jeszcze, jak zaczęła się Twoja przygoda z karate?
– To było w szkole podstawowej, w Polkowicach. Namówił mnie do uprawiania karate nauczyciel wychowania fizycznego, poszłam na pierwszy trening, i wsiąkłam na dobre. Po mniej więcej 3 latach przeniosłam się do Zagłębia Lubin, a w 1987 roku, kiedy poznałam mojego przyszłego małżonka, wylądowałam we Wrocławiu.
A kiedy po raz pierwszy wystartowałaś w oficjalnych zawodach?
– W 1998 roku. Wcześniej nie było u nas zawodów wyłącznie dla kobiet, a na rywalizację z mężczyznami nie miałam ochoty. W 1990 urodziłam syna, sport zszedł na dalszy plan, a Sylwek był zdania, że karate to nie dyscyplina dla kobiet. Uparłam się jednak i postawiłam na swoim.
Z bardzo dobrym skutkiem, o czym świadczy potężna kolekcja medali i pucharów.
– Powiem szczerze, że medali nie zliczyłam, jest ich około 50. Z mistrzostw świata przywiozłam 7 krążków, z mistrzostw Europy 28, w tym 14 złotych, 2 z mistrzostw Ameryk, wygrałam Puchar Rosji, Europy. Trochę się więc tego nazbierało.
A kiedy wiedziałaś, że karate to jest właśnie to, że pozostaniesz przy tej dyscyplinie?
– Właściwie od razu, czyli w 1998 roku. Wystartowałam w mistrzostwach Polski we Wrocławiu, miałam wówczas zielony pas (czyli byłam jakby pośrodku stopni). Wygrałam i już nie było odwrotu. Potem wszystko potoczyło się w szybkim tempie.
W domu Sypieniów wszystko kręci się wokół karate kyokushin. Agnieszka, utytułowany Sylwek, ćwicząca już młodsza, zawzięta latorośl (Czarek ma 7 lat), i starszy syn Patryk, od kilku lat odnoszący sukcesy – ostatnio nawet w prestiżowych imprezach międzynarodowych.
– Patryk wg rankingu jest najlepszy w kraju w kategorii +90 kg, w -90 kg plasuje się w dziesiątce światowego rankingu wszystkich organizacji karate kyokushin, w dniu, kiedy ja kończyłam karierę, on zdobył Puchar Polski. Stoczył dramatyczną, 9-minutową walkę. Kiedy miał przedostatnią dogrywkę, dosłownie słaniał się na macie, ale wykrzesał resztki sił i zwyciężył. Schodząc z maty wypowiedział najpiękniejsze słowa, jakie rodzic chciałby usłyszeć od dziecka: zrobiłem to dla ciebie, musiałem przy takiej okazji zwyciężyć.
Lata ciężkiej pracy, wyrzeczeń – warto było?
– Ależ tak, choć rzeczywiście niejednokrotnie wymagało to intensywnych, 2-3-miesięcznych przygotowań, ciężkich treningów, zajęć na siłowni i w sali. Organizm jednak znosił to coraz gorzej, więc pora była najwyższa, by powiedzieć: pas. Ostatnio mniej trenowałam, zmęczenie minęło, dlatego z wielką przyjemnością stoczyłam w Ząbkowicach pojedynek pokazowy. Jednak na wielotygodniową katorgę nie miałabym już ochoty.
Z uprawiania karate nie da się wyżyć, musieliście więc radzić sobie inaczej. To, inaczej, nie miało nic wspólnego ze sportem.

– Od 1996 roku prowadzimy sklepy mięsne (sami też w nich handlujemy) i to pozwala nam na przyzwoite życie. I uprawianie sportu, bo czasami zamiast z niego czerpać korzyści, musieliśmy inwestować. Ale nigdy nie narzekaliśmy.
Porażek było w Twojej karierze niewiele, ale czy któraś z nich spowodowała zwątpienie, nakazywała zastanowić się nad przyszłością?

– W 2005 roku, po zdobyciu mistrzostwa świata, zostałam zaproszona przez Japończyków na walkę pokazową z Rosjanką, którą na czempionacie globu pokonałam. Tym razem uległam przez dyskwalifikację, bowiem sędziowie uznali, że uderzyłam rywalkę nieprawidłowo, z łokcia w twarz. Zeszłam z ringu (bo walczyłyśmy na ringu właśnie), usiadłam pod nim i płakałam. Byłam na szczycie, a mimo to przegrany pojedynek tak naprawdę o nic spowodował, że odechciało mi się trenować. Ale to szybko minęło.
Nie zrywasz z karate, prowadzicie z mężem wysoko notowany klub, a Wasi podopieczni odnoszą coraz większe sukcesy. Niedaleko pada jabłko od jabłoni?
– Niedawno dwie młode zawodniczki: Krysia Szkodowska i Ania Wiatrowska zdobyły wicemistrzostwo Europy (Ania obroniła swoją pozycję sprzed roku). To 13-  i 17-latki – ta druga wyszła spod mojej ręki, zaczynała u mnie od białego pasa, a Ania przyszła wprawdzie z innego klubu, ale od 3 lat pozostaje pod moją (a ostatnio Sylwka)opieką. Wielkie nadzieje wiążemy też z naszym synem – Patryk wywalczył w tym roku brązowy medal mistrzostw Europy, przegrywając po bardzo wyrównanym pojedynku z aktualnym czempionem globu z Hiszpanii (sędziowie zawsze – ja też tego doświadczyłam – optują za bardziej znanym zawodnikiem).
Zaczynałaś w Polkowicach, od ponad 15 lat jesteś związana z Wrocławiem, a zakończenie kariery miało miejsce w Ząbkowicach. Dlaczego?
Nikomu we Wrocławiu chyba na tym nie zależało. Zależało natomiast Witkowi Stolarczykowi z Ząbkowickiego Klubu Karate – organizatora Pucharu Polski. Uznał, że to najlepszy moment, by mnie publicznie, godnie pożegnać. Uroczystość była niesamowita, wzruszająca. Wyprowadziłam 300 zawodników na matę, na oficjalne otwarcie imprezy, wszyscy bili mi brawa, więc ścisnęło mnie w gardle do tego stopnia, że podczas prowadzenia rozgrzewki zapomniałam… komend. Byłam bardziej zestresowana niż podczas mistrzostw świata.
Ale potem przyszło rozluźnienie, zwłaszcza iż zawodniczki i zawodnicy Waszego klubu prezentowali się znakomicie.
W kategorii seniorskiej wywalczyliśmy pierwsze miejsce, przed ekipą z Tarnowskich Gór oraz innym wrocławskim klubem (z którego wyszliśmy) Jacka Lamota. Patryk wygrał swoją kategorię, było kilka srebrnych i brązowych medali. Do tego doszły 2 krążki wśród juniorów, ale one nie były zaliczane do klasyfikacji drużynowej.
Agnieszka Sypień – królowa karate. Jak Ci się podoba taki tytuł?
Piękny. Czasami nazywali mnie cesarzową karate, ale królowa też mi się podoba.

Rozmawiał
Waldemar Niedźwiecki


źródło: brak danych


Proste pytanie: 9 + 9 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.