Wrocławskie obiekty z duszą: Stadion Śląska Wrocław przy ulicy Oporowskiej

Myślisz Śląsk Wrocław, mówisz Oporowska. Ta stara futbolowa prawda sprawdza się na wrocławskiej ziemi od wielu dekad. I choć obecnie piłkarze Śląska swoje mecze rozgrywają na Stadionie Wrocław, to na Oporowskiej zaczęło się wszystko, co dobre. O legendarnym obiekcie opowiedzieliśmy trochę więcej niż zazwyczaj, ale zwyczajnie, na to sobie zasługuje.

Richard Karl Konwiarz. Jeśli myślimy o sportowych obiektach we Wrocławiu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ten niemiecki architekt, maczał palce w projektach. Współpracował z Maksem Bergiem przy budowie Hali Stulecia (tworzył plany i rzuty obiektu), ale jego flagowym dziełem, była rozbudowa kompleksu Stadionu Śląskiego (nazwa oryginalna) we Wrocławiu. Aktualnie znany jako Olimpijski, przyniósł Konwiarzowi spory splendor, na czele z brązowym medalem w Olimpijskim Konkursie Sztuki i Literatury w czasie X Letnich Igrzyskach Olimpijskich, w 1932 roku. Niemiecki architekt zyskał dzięki temu sławę, która na stałe wpisała go do europejskiej czołówki w dziedzinie projektów obiektów sportowych. Ale Konwiarz potrafił wyjść poza stadionowy schemat. Wrocław poza kompleksem sportowym na Zalesiu może być mu wdzięczny m.in. za: żelbetonowe kładki nad ulicą Wróblewskiego; bramę główną do terenów wystawowych, obecnie służącą ogrodowi zoologicznemu; budynek Centrum Technologii Audiowizualnych przy ulicy Wystawowej; schron przeciwlotniczy przy placu Strzegomskim, obecnie Muzeum Współczesne, czy domy mieszkalne z czerwonej cegły, przy alei Pracy.

Zamiast parku, skromne boisko

Jak to jednak w życiu bywa, nie wszystkie plany da się zrealizować. Konwiarz zaprojektował również kompleks sportowy Volkspark Breslau Gräbschen, czyli Park Ludowy Wrocław-Grabiszyn. Projektu w pełni nie zrealizowano, ale szczęśliwie dla tej historii, wybudowano boisko. Jak się miało okazać za kilka dekad, świadka wielu sportowych wydarzeń... Trzeba jednak przyznać, że powstałe pod koniec lat dwudziestych XX wieku boisko, mówiąc delikatnie, nie rzucało na kolana. Nijak miało się do tego, które cieszyło mieszkańców Zalesia. Na początku lat trzydziestych skromny obiekt zyskał jednak trybunę, od strony nasypu kolejowego. W 1933 roku przenieśli się tam za to piłkarze Breslauer SC 08. Ich dotychczasowe boisko przy alei Pracy zostało bowiem przejęte przez miasto pod budowę szkoły oraz osiedla. Z tego też względu BSC 08 otrzymali piłkarski teren przy Hardenberg-Hügel, czyli dzisiejszym Wzgórzu Gajowickim. Lepszy rydz, niż nic! "Na tym świetnie położonym obiekcie brakuje szatni, brakuje krytej trybuny, jaką każdy duży klub musi mieć, brakuje miejsc siedzących dla kilku tysięcy widzów, brakuje więc prawie wszystkiego, czego publiczność i gracze niezbędnie potrzebują i co zapewnia im wygodę". Dziennikarze Ostdeutsche Sportzeitung we wrześniu 1933 roku nie pozostawiali suchej nitki na nowym domu Breslauer SC 08. Sam klub chwilę później połączył się z Vereinigte Breslauer Sportfreunde, stając się gospodarzem – jako Breslauer SpVg 02. Co ciekawe, do dzisiaj na terenie parkingu przy stadionie na Oporowskiej, znajduje się pamiątkowy kamień z logo Vereinigte Breslauer Sportfreunde oraz napisem: Unseren gefallenen Sportskameraden zum bleibenden Gedenken 1914-1918. Ku pamięci poległych podczas I wojny światowej…

Krucza, Grabiszyńska, Oporowska…

Realia powojenne to historia, która w głównej mierze kojarzy obiekt z piłkarskim Śląskiem. Choć wcale nie było tak od razu. Śląsk jeszcze jako CWKS (Centralny Wojskowy Klub Sportowy) swój pierwszy mecz w "domu" zagrał 17 kwietnia 1955 roku. Trzecioligowe starcie z KKS Kluczbork zakończyło się bezbramkowym remisem. – A co ciekawe, pierwsze spotkanie tamtego sezonu z 1955 roku piłkarze Śląska w roli gospodarza zagrali na obiekcie dzisiejszego Parasola, wtedy Stali Pilczyce. Dopiero później przenieśli się na stadion, który traktowano per "przy Kruczej". Później mówiono, że jest przy Grabiszyńskiej, co można zweryfikować z programami meczowymi, aż do awansu w 1973 roku. Tam pojawia się Oporowska. Choć fakt faktem, dolnośląscy dziennikarze jeszcze w latach osiemdziesiątych traktowali lokalizację stadionu, jako Grabiszyńską – analizuje Krzysztof Mielczarek. Autor wielu tekstów o historii Śląska Wrocław. Człowiek-odpowiedź w kwestiach WKS.

Skoro padło hasło "Krucza", w historii stadionu nie może zabraknąć tego, który był jednym z najlepszych w barwach Śląska. A dodatkowo mieszkał na Kruczej i początkowo tylko marzył, żeby zostać piłkarzem. – Ta Krucza obrosła legendą w moim życiu, a urodziłem się na Uniwersyteckiej – śmieje się Tadeusz Pawłowski, dodając po chwili: – Szybko przenieśliśmy się jednak na Kruczą, w 1957 roku, kiedy urodziła się moja siostra. Spędziłem tu całe dzieciństwo. Jak nie graliśmy na podwórku, to chodziliśmy pograć z chłopakami z sąsiedztwa, na boczne boisko Śląska. Byliśmy jednak często przeganiani przez gospodarza obiektu, który miał swój dom, w miejscu dzisiejszego budynku klubowego. Wtedy zupełnie inaczej wyglądały te tereny. Początkowo stadion był w kształcie podkowy. Od strony Kruczej w trakcie meczu najczęściej stały milicyjne wozy. Był też barak opalany z kotłowni, w którym znajdowały się szatnie. Dzisiaj nie do pomyślenia, ale wtedy takie były realia. Dla mnie możliwość podawania piłek piłkarzom podczas treningu strzeleckiego, to było wydarzenie. Chciałem być jednym z nich. I wkrótce, ta sztuka się udała – wspomina Pawłowski.

Nocne spawanie zegara

Stadion na Grabiszynie nadal był jednak niczym ubogi krewny przy Olimpijskim. – Wspominał mi o tym Maksymilian Wanczura, grający w Śląsku w latach pięćdziesiątych. Na dzisiejszej Oporowskiej nie było żadnych trybun, po prostu granie tam nie miało wówczas większego sensu. Widać to zresztą na jednym z archiwalnych zdjęć, które panu udostępniam. Rezerwy Śląska przed meczem, a w tle ludzie, stojący na nasypie – słusznie zauważa Mielczarek. Pod koniec lat pięćdziesiątych dobudowano kolejne dwie, małe trybuny, wschodnią i południową. Historia zatoczyła koło na przełomie kolejnej dekady, kiedy to wrócono do pomysłu jeszcze z czasów Breslau. Przynajmniej tak donosiła prasa, a konkretniej, "Słowo Polskie". "Założenia wstępne przewidują budowę wielkiej hali sportowej w kwadracie ulic Oporowskiej, Stalowej, Kwaśnej i Kruczej. Do tego powiększenie trybun stadionu klubowego do 40 tysięcy miejsc, założenie oświetlenia obiektu, budowę trybuny krytej, krytego 50-metrowego basenu pływackiego i kompleksu zabudowań klubowych i rekreacyjnych". Takie ambitne plany dotyczące stadionu na Grabiszynie z maja 1969 roku, trzeba było włożyć między bajki. Jak pokazuje historia, Wrocław doczekał się czterdziestotysięcznika, ale w zupełnie innym miejscu miasta. O którym wówczas nie myślano w takich kategoriach.

Na mecze Śląska chodziliśmy całą paczką z Kruczej. To była niezła procedura, żeby wejść na stadion. Nie mieliśmy pieniędzy, więc staliśmy przy miejscu, gdzie wchodzili dorośli i pytaliśmy, czy ktoś weźmie nas ze sobą. Pamiętam, od strony Kruczej stała taka buda, żelazna brama, to było dla nas jedyne wejście na wymarzony mecz. Jak już weszliśmy, mieliśmy ze sobą ręcznie nakręcaną syrenę i dawaliśmy mocno czadu, razem z chłopakami – śmieje się Pawłowski. Jako mieszkaniec sąsiedztwa stadionowego pamięta z dawnych lat… nocny montaż zegara. – Spawano do późnych godzin nocnych, było trochę huku, ale każdy z nas to przeżywał. On długo zresztą posłużył, początkowo wkładało się wynik ręcznie. Fajne czasy. Ogólnie, w tamtym okresie na stadionie był ścisk, ale w świetnej, sportowej atmosferze. Nawet pamiętam, że jak ruszaliśmy na Olimpijski, siadając w młynie naprzeciwko trybuny głównej, to był spokój. Przed nami był niski płotek, maksymalnie mógł mieć metr dwadzieścia wysokości. Obok niego jeden policjant lub szeregowy żołnierz i nikomu nie przyszło do głowy, żeby robić jakieś rozróby. A obłożenie meczów Śląska było bardzo duże. Jak już grałem, Oporowska na godzinę przed meczem była przepełniona. Nie było szans na znalezienie miejsca – dodaje "Teddy", jeden z ulubieńców kibiców WKS.  

Oddaj Poloneza!

Janusz Sybis, Tadeusz Pawłowski, Ryszard Tarasiewicz, Waldemar Prusik, Zygmunt Garłowski, Mieczysław Kopycki. Wreszcie Dariusz Sztylka, Sebastian Mila czy Piotr Celeban. Piłkarzy, którzy mają WKS we krwi, można wymieniać w nieskończoność. Trudno zresztą zrobić to na tyle wyczerpująco, aby nie pominąć kogoś, kto odegrał w "swojej erze" ważną rolę dla wrocławskiego klubu. Wspólny mianownik? Stadion, który jest nazywany prawdziwym domem. Oporowska (używając popularnej terminologii) rosła razem z sukcesami WKS. Po awansie w 1973 zespół z Wrocławia nie potrzebował dużo czasu, żeby znaleźć się na szczycie krajowej piłki. I choć wielkie mecze Śląsk często grał na Olimpijskim (kwestia pojemności trybun), na Grabiszynie piłkarze czuli się i nadal czują, w sposób szczególny. – W latach siedemdziesiątych zaczęto poważniejszą przebudowę. Wynieśliśmy się z baraku służącego za szatnię, wybudowano nowoczesny, jak na tamte czasy, budynek klubowy. Przestronna szatnia, sauna, przyrządy do masażu. Porządny magazyn ze sprzętem, na piętrze restauracja, mały hotelik. Tam też mieściły się pokoje innych sekcji Śląska. Do tego przebudowano samo boisko, zlikwidowano bieżnię lekkoatletyczną, dookoła pojawiła się trawa. Z czasem zmieniały się też trybuny. Choć z sentymentem wspominam tamtą pierwszą, drewnianą, dzisiejszą krytą. Taka bardzo mała z boksami dla zarządu klubu, na środku sekretarz partii, po bokach pułkownicy i szefowie zakładów pracy. Po prostu cała śmietanka – wspomina Pawłowski. Na przestrzeni lat zmieniały się również tereny dookoła głównej płyty. Chociażby dzisiejsze boczne boisko, na którym trenują piłkarze Śląska. Była tam murawa, płyta bardziej piaskowa, żużlowa, funkcjonował parking, a nawet targowisko.

Rekordową frekwencję na Oporowskiej zanotowano podczas derbowego meczu z Górnikiem Wałbrzych w 1983 roku. WKS tamto spotkanie przegrał 0:3, a wystąpił w składzie: Janusz Jedynak, Jerzy Matys, Kazimierz Przybyś, Mieczysław Kopycki, Janusz Papatanasis, Roman Faber, Ryszard Tarasiewicz, Mirosław Pękala, Waldemar Prusik, Jacek Nocko, Aleksander Socha. Z ławki rezerwowej pojawili się: Jerzy Benke i Leszek Partyński. Na trybunach zasiadło podobno około 27 tysięcy kibiców! Choć pojęcie "zasiadło", może być nie do końca trafione. Anegdoty o oglądaniu meczu z wysokości górki Pafawagu czy nasypu kolejowego, nie do końca muszą być zmyślone. Co bardziej odważnym udawało się też wdrapać na drzewa, z których punkt obserwacyjny też był całkiem niezły. Kto wie, może liczba dobiłaby wtedy nawet do trzydziestu tysięcy. – Za czasów mojej gry Śląsk miał stały termin grania, niedziela o jedenastej. Na Oporowskiej czuliśmy się świetnie, był bliższy kontakt z publicznością, niż w przypadku Olimpijskiego. Wszystko było dobrze słychać, każdy komentarz. Jak przyzwyczailiśmy kibiców do wygrywania, to później, po dwudziestu minutach gry, jak dalej było bezbramkowo, zaczynały się gwizdy – wspomina Pawłowski, dopowiadając: – Ja miałem w tamtym czasie Poloneza. Jak coś nie wyszło, nie trafiałem, to z trybun można było usłyszeć: Pawłowski, oddaj Poloneza! – śmieje się "Teddy".

Całe życie wokół Oporowskiej

Czasy się jednak zmieniają. W październiku 2011 roku stadion przy Oporowskiej przestał pełnić funkcję głównego dla piłkarzy Śląska. Końcówka ligowych czasów była jednak dla staruszka udana. Po przebudowie na trybunach mieści się 8346 osób. Do tego podgrzewana murawa oraz sztuczne oświetlenie. Inauguracja jupiterów była gorzko-słodka, Śląsk trenera Jana Żurka w 2007 roku zajmował dalekie miejsce w drugiej lidze. Co ciekawe, były też przypadki, że WKS grał na Oporowskiej w roli… gościa. Taki przypadek zdarzył się w czerwcu 2000 roku, podczas derbowego starcia z Polarem Wrocław. Skończyło się na 4:1 dla gości. Polar okazał się zatem wyjątkowo gościnny dla Śląska. Można też wyzłośliwiać się o trzecioligowym epizodzie piłkarzy WKS. Ostatecznie jednak, duże granie wróciło na Oporowską, w drugiej dekadzie XXI wieku.

Debiutowałem w Śląsku co prawda na Olimpijskim, gdzie ograliśmy 1:0 Widzew po moim trafieniu. Ale to Oporowskiej z tamtego okresu, kiedy przyszedłem na wypożyczenie do Wrocławia, nie sposób zapomnieć. Czuć było, że wchodzisz do szatni, gdzie byli wybitni piłkarze. Wtedy jeszcze stara sauna, wysłużone wanny z hydromasażem. Ściany koloru szarego, chociaż kiedyś pewnie były białe… Ale szczerze? Tworzyliśmy świetny team, którym dowodził trener Tarasiewicz i Darek Sztylka. Większość chłopaków była z Wrocławia i czuć było coś niezwykłego w tym zespole. Zresztą, utarło się, że Śląsk Wrocław ma inną szatnię niż wszyscy, bardziej rodzinną, trzymamy się razem. I tak jest do dzisiaj, oczywiście już w zupełnie innych, w pełni funkcjonalnych warunkach – mówi Piotr Celeban, obrońca Śląska. Lider pod względem liczby występów w oficjalnych meczach w całej historii klubu. Jak sam przyznaje, kwadrans spaceru z domu i jest… znowu u siebie, właśnie na Oporowskiej. – Całe życie kręci się wokół tego miejsca. Treningi, odprawy, wspólnie spędzany czas. Wiadomo, znam też każdy milimetr naszej siłowni. Gdybym miał zsumować liczbę godzin spędzonych na Oporowskiej, a w swoim domu, to sądzę, że będą to zbliżone wartości – uśmiecha się "Celik".

Grillowanie przy tunelu

Zanim doszło do przenosin na Stadion Wrocław, Śląsk m.in. z Celebanem w składzie zdobył wicemistrzowski tytuł, ogrywając w ostatniej kolejce sezonu 2010/11 Arkę Gdynia aż 5:0. Zwycięstwo, które piłkarze Śląska odnieśli na Oporowskiej, napchanej kibicami do ostatniego miejsca. – Co to był za mecz! Do przerwy 0:0 i dopiero w drugiej przełamaliśmy rywala. Dla nas wicemistrzostwo, oni spadli, do tego gola z karnego strzelił Marian Kelemen. Tamto świętowanie na Oporowskiej trwało długo… – zawiesza głos Celeban. – Ale to był właśnie ten niepowtarzalny klimat. Taka rodzinna atmosfera. Jak się wychodziło z szatni, obok tunelu prowadzącego na murawę, zawsze był grill. Człowiek stoi, zaraz mecz, ale tak po cichu zjadłby taką kiełbaskę – śmieje się obrońca Śląska. Na Oporowskiej piłkarze WKS rozpoczęli też mistrzowski sezon 2011/12. Ostatnie oficjalny mecz w ekstraklasie zagrano 22 października 2011. Śląsk wygrał z Podbeskidziem 1:0, a gola na wagę trzech punktów i godnego pożegnania, zdobył… Piotr Celeban. Wrocławianie wystąpili w składzie: Marian Kelemen, Tadeusz Socha, Piotr Celeban, Jarosław Fojt, Mariusz Pawelec, Waldemar Sobota, Rok Elsner, Sebastian Mila, Sebastian Dudek, Łukasz Madej, Cristian Diaz. Jako zmiennicy na boisku pojawili się: Przemysław Kaźmierczak, Piotr Ćwielong i Johan Voskamp. Jak widać, w 2020 roku trójka z w/w (Pawelec, Sobota, Celeban), nadal jest i gra Śląsku.

Kibice przygotowali na tamtą okazję oprawę z hasłem: Twierdza Wrocław od zawsze poddaje się ostatnia! Faktycznie, ponownie, tak właśnie było. – Cieszę się, że tak pożegnałem się z oficjalnym graniem na stadionie przy Oporowskiej. Dobrze zamknąłem podanie Cristiana Diaza przy tym trafieniu. Mogliśmy przenieść się z podniesionym czołem na Stadion Wrocław. Choć tak naprawdę, trudno sobie wyobrazić Śląsk bez Oporowskiej. Życie klubu na pewno dalej się tam kręci – dodaje Celeban. Przy okazji rozmów o legendarnym stadionie Śląska, nie sposób nie zahaczyć o kwestię murawy. W 2012 roku przy okazji Mistrzostw Europy we Wrocławiu stacjonowała reprezentacja Czech. Nasi południowi sąsiedzi trenowali właśnie tu i podobnie jak kilka innych kadr narodowych (w tym są również Polacy), komplementowali płytę boiska. – Chłopaki zajmujący się tą murawą robią świetną robotę, są najlepsi w swoim fachu. Wkładają mnóstwo serca w to, co robią. Oporowska jest inna od współczesnych obiektów. Jako stadion, który nie jest zabudowany z każdej strony, jest tu lepszy dopływ powietrza oraz słońca. Zupełnie inaczej "pracuje" wtedy murawa. Mamy dużo szczęścia, że możemy tutaj trenować, na takim dywanie – mówi Celeban. Dodajmy, że w 2008 roku zawitała na Oporowską reprezentacja Polski, w oficjalnym meczu eliminacyjnym. Drużyna walcząca o awans na MŚ (ostatecznie nieudanie, RPA 2010) zremisowała 1:1 ze Słowenią. Trafienie dla Polaków zaliczył Michał Żewłakow, a na trybunach zasiadł komplet kibiców. Co jednak, umówmy się, na współczesne realia, było za dużą ciasnotą.

Jedyne takie miejsce

Historii związanych ze stadionem przy Oporowskiej znajdzie się tyle, ilu po murawie biegało ludzi, przez przeszło sto lat istnienia. A żeby poczuć klimat panujący w tej piłkarskiej części miasta, wystarczy tak naprawdę, przyjechać. Nieprzypadkowo znalazło się tu miejsce na tablicę upamiętniającą tragicznie zmarłego w Smoleńsku, Jerzego Szmajdzińskiego, wielkiego przyjaciela sportu. To tu znajduje się siedziba Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej. Była też okazja zobaczyć na tym stadionie towarzyski, pokazowy mecz Śląska Wrocław z zespołem prowadzonym przez trenera Kazimierza Górskiego – dotarł tu grecki Panathinaikos. Tutaj odbywają się treningi, swoje mecze rozgrywa m.in. drugi zespół WKS. I choć lata mijają, trudno sobie wyobrazić Wrocław bez tej przestrzeni. Pomimo tego, że plotek o sprzedaży terenów stadionowych i sąsiadujących, działkowych, od lat nie brakuje.

Na szczęście dużo więcej jest wspomnień, które można sobie śmiało wizualizować. Chociażby najbardziej prozaiczne historie, mające swój smak. A czasem wystarczy spojrzeć jedynie na jadący pociąg. – Jak graliśmy mecze, kierunek jego jazdy był symbolem, na którą bramkę padnie gol. Maszynista pozdrawiał kibiców, ci głośno krzyczeli, jak tylko pociąg podjeżdżał. Wesoło było też na treningach. Zostawaliśmy często, żeby zrobić sobie trening strzelecki. Jak próbowaliśmy ośmieszyć jakimś zagraniem "Zygę" Kalinowskiego, on się denerwował, brał piłkę i kopał w stronę nasypu, żebyśmy mieli problem z jej odzyskaniem. Na szczęście najczęściej miał za daleko – śmieje się Pawłowski.

Cała Oporowska. Cóż, kto tu nie był, niech żałuje!

MACIEJ PIASECKI 

Z kibicami!

To, że środę biało-czerwoni zmierzą się towarzysko z Finlandią, cztery dni później podejmą Włochów w Lidze Narodów, a w kolejną środę – w ramach tych samych rozgrywek – zagrają z Bośnią i Hercegowiną – wiadomo od kilku miesięcy. Nie wiadomo było jedynie, czy mecze odbędą się z udziałem publiczności.

Zweryfikowali Zabrze!

Nie ma już niepokonanych drużyn w tym sezonie PKO Ekstraklasy. Do soboty takową był zabrzański Górnik, który jednak musiał uznać wyższość KGHM Zagłębia Lubin.

Derbowy spektakl

Szybkie prowadzenie gości i odrabianie strat przez całe spotkanie. Miedź w derbach z Chrobrym była pół żartem, pół serio tak zdesperowana w swoich atakach, że sprawy w swoje ręce musiał wziąć bramkarz Mateusz Hewelt, który wyrównując w 93.

Łebscy goście

Trafienie Lorenco Šimica przesądziło o wyjazdowym zwycięstwie KGHM Zagłębia Lubin z Jagiellonią. Trudno dopatrywać się tu niespodzianki, Miedziowi wygrywają przecież w Białymstoku od kilku sezonów, większą ciekawość budzi fakt, że był to ich piąty gol zdobyty głową, ze wszystkich sześciu w tych rozgrywkach PKO Ekstraklasy.

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij