Rozmowa z Tomaszem Rudolfem, byłym grającym trenerem Energetyka Siechnice

Maciej Piasecki, poniedziałek, 5 czerwca 2017

Praca trenera jest specyficzna – raz na wozie, raz pod wozem. Wczoraj daje satysfakcję, dzisiaj efekty, a jutro może przynieść dymisję. Przekonał się o tym były opiekun Energetyka Siechnice Tomasz Rudolf, który w styczniu zajął 6. miejsce w plebiscycie „Słowa Sportowego” dla najpopularniejszego szkoleniowca na Dolnym Śląsku, w marcu wraz z zespołem stał na podium klasy okręgowej, natomiast w kwietniu już go w tym zespole nie było.

avatar
Tomasz Rudolf (w wyskoku) pomagał drużynie także na boisku, w tym sezonie zdążył strzelić 12 goli (fot. K. Ziółkowski)

Zacznijmy od konkretów: dlaczego musiał pan rozstać się z Energetykiem Siechnice?

TOMASZ RUDOLF: – Ta kwestia do teraz jest dla mnie niezrozumiała. Wyniki i atmosfera w drużynie były dobre, a cel, którym była dla klubu IV liga, w zasięgu. Czym decyzja władz klubu była spowodowana? Ciężko mi powiedzieć, mogę się tylko domyślać. Może prezesa nie stać było na utrzymanie grającego trenera z umową-zleceniem, a może dlatego, że nie umiał wygospodarować żadnych pieniędzy dla zawodników. Chłopaki mają rodziny, oddają serce dla drużyny i premia za wygrane mecze powinna się dla nich znaleźć. Jak długo można motywować ich słowami. Zasugerowałem prezesowi, że byłoby dobrze, gdyby coś się w tym temacie zmieniło, on być może odebrał to jako atak. To chyba jednak nie upoważnia do rozstania w taki sposób. Można to było rozwiązać inaczej. Zrobiłem wiele dla klubu, zarówno sportowo, jak i w materii pozyskania zawodników – jak na tę ligę bardzo dobrych, którzy bez problemu poradziliby sobie na wyższym szczeblu. Powtarzam, to dla mnie całkowicie niezrozumiała sytuacja. 

I był pan mocno zaskoczony…

– Byłem. Uważam, że kawał pracy został wykonany. Wygranie A klasy, dobre wyniki w okręgówce, chłopaki świetnie przygotowani, znakomita atmosfera. Mam żal do władz klubu za to, że pożegnali się ze mną w taki sposób. To, co włożyłem w pracę w Energetyku Siechnice, a więc serce, zaangażowanie i profesjonalizm, który pokazywali także inni zawodnicy, okazało się nic niewarte. Nie wiem, jak mogę usprawiedliwić prezesa. Znamy się od kilku lat, mieliśmy koleżeńskie relacje i można było mi zakomunikować – „nie mamy dla ciebie pieniędzy”, albo po cichu „nie chcemy awansu”. W naszych polskich, niższych ligach jest tak, że jeśli odchodzi główny sponsor, zaraz wszystko się rozlatuje, a niektóre osoby pokazują, że nie umieją zarządzać klubami. I tutaj mamy do czynienia z takim przypadkiem. 

Wspomniał pan o sukcesie w A klasie. W jakich okolicznościach przychodził pan przed tamtym sezonem do Siechnic?

– Prawie dwa lata temu zarząd rozstał się w trenerem i szukał nowego. Znałem się wcześniej z prezesem, porozmawialiśmy, zaproponował mi pracę. Chciał żeby doświadczony zawodnik pokazał młodszym, jak profesjonalnie powinna wyglądać szatnia i trening. Na początku odmówiłem, uważałem, że to za wcześnie, bym podjął się takiej roli, wcześniej byłem tylko piłkarzem. Po namowach wyraziłem zgodę, ale moim warunkiem było to, by nie oceniano mnie po pierwszej rundzie czy sezonie. No i takiego czegoś nie było, nie czułem żadnego nacisku na wynik i miałem spokojną głowę. Mogłem przygotować chłopaków tak jak umiem najlepiej i skupić się na pracy. To zaczęło funkcjonować. 

Rozmawiał
ARKADIUSZ BARSKI

Więcej w najnowszym numerze "Słowa Sportowego".


źródło: własne


Proste pytanie: 10 + 7 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
advertisment