Rozmowa z Sylwią Bogacką srebrną medalistką igrzysk w Londynie

Maciej Szumski, poniedziałek, 26 listopada 2012

Jako pierwsza z naszej ekipy zdobyła medal igrzysk w Londynie. Od tego czasu, jak przyznaje, jej życie zmieniło się na lepsze. O swoim temperamencie, sportach ekstremalnych, przygodach z rajdami samochodowymi i „zmarnowanym dzieciństwie” opowiada Sylwia Bogacka.

avatar

Życie po zdobyciu olimpijskiego medalu zmieniło się?
SYLWIA BOGACKA: – Oczywiście, że się zmieniło. Gdybym nie chciała, żeby tak było, to musiałabym o tym jakoś zadecydować.
Czyli to pozytywne zmiany?
– Tak. Pojawiła się rozpoznawalność, co chyba wciąż jeszcze mnie zaskakuje. Dostaje zaproszenia, mam sporo spotkań, ale staram się wybierać te, dzięki którym rzeczywiście mogę coś zrobić dla sportu. Te, które faktycznie coś wnoszą do mojego życie. Z części oczywiście rezygnuję, bo też nie jestem przedmiotom, który można wszędzie zabrać. Przecież muszę trenować, prowadzić normalne życie. Nie można tego wszystkiego zostawić na pół roku.
A sponsorzy?
– Niestety z tym jest problem. Zdaję sobie sprawę, że trenuję bardzo mało popularną dyscyplinę. Nie wiem, czy ludzie się nas boją, czy boją się przychodzić na strzelnicę? Szkoda, bo jest naprawdę fajnie. Wiem, że kiedyś strzelnice były pozamykane, bo to broń, bo niebezpiecznie. Teraz zaręczam, że jest inaczej. My nie jesteśmy niebezpieczni, nad głowami nie świszczy amunicja. Można się za to dobrze pobawić. Ja po każdym swoim treningu zapraszam chętnych. Jak ktoś chce zobaczyć, jak wygląda karabin, albo sobie postrzelać. Nie ma sprawy.
Londyn to były Twoje trzecie igrzyska. Myślałaś sobie: do trzech razy sztuka, teraz to już musi być medal?
– Czy musi? Nie, nigdy tak nie myślałam, nigdy też nie porównywałam się do nikogo. Owszem, wcześniej zdarzyło mi się już myśleć, że może mam już swój wiek, że może trzeba dać sobie spokój. Na rok przed igrzyskami miałam bardzo trudną sytuację. Byłam kompletnie bez formy, zrezygnowałam nawet z wyjazdu na mistrzostwa Europy. Kompletnie pogubiłam swoje postawy i nie potrafiłam się odnaleźć. W naszym sporcie jest tak, że nie da się wyuczyć jednej postawy na całą karierę. Starzejemy się, nasze ciało się zmienia, ciągle trzeba coś poprawiać. Całe szczęście na finale Pucharu Świata w Sydney udało mi się wywalczyć kwalifikację olimpijską i później miałam już spokojną głowę, mogła się przygotowywać na większym luzie.
I przyszedł finał olimpijski… To była kulminacja stresu?
– Właśnie nie. Całe szczęście tak sobie wszystko poukładałam w głowie, że nie czułam żadnej presji, nie spalałam się psychicznie. Przed finałem czekałyśmy w ósemkę na rozpoczęcie zawodów w takim małym pomieszczaniu i pamiętam, że zaczęłam się śmiać. Zawodniczka z Niemiec pytała się co się stało, a ja mówię, że cieszę się, bo już w najgorszym wypadku jestem 8. na świecie. Kiedy widziałam swoje podejście do zawodów a podejście innych dziewczyn, to czułam, że będzie dobrze.
Na trybunach siedzieli Twoi najbliżsi, znajomi?
– Podczas drugiej konkurencji byli ze mną rodzice. Pojawiali się też polscy kibice, ale ogólnie doping był niesamowity. To były zdecydowanie moje najlepsze igrzyska. Trybuny na strzelnicy z reguły są puste. Tym razem były pełne i był to świadomy, rewelacyjny doping. Coś takiego przeżyłam pierwszy raz.
Mówiłaś, że przed igrzyskami poukładałaś sobie wszystko w głowie. W jaki sposób?
– Przede wszystkim trochę zmieniłam formę treningów. Włączyłam do nich… sporty ekstremalne. Uwielbiam kitesurfing. Najpierw trochę się kryłam przed trenerem z tą dyscypliną, bo bałam się, że mi zabroni. Ale później przekonałam się, że za każdym razem, kiedy strzelam po pływaniu, jest dużo lepiej. W końcu trener to zaakceptowała, a ja nawet przed igrzyskami pojechałam popływać.
Sporty ekstremalne to taka odskocznia, możliwość odreagowania, w którym jednak trzeba być maksymalnie skupionym i wyciszonym?
– Chyba tak rzeczywiście jest. Nie powiem, że jestem osobą nadpobudliwą, ale mam spory temperament. Niektórym wydaje się, że my się w ogóle nie stresujemy. Nieprawda. W środku aż wszystko się kotłuje. W innych dyscyplinach takie pobudzenie pomaga, u nas wręcz przeszkadza. Ja nie mam wrodzonej zdolności, żeby sobie z tym radzić, więc może sporty ekstremalne są dla mnie najlepszym wyjściem.
Ponoć po igrzyskach miałaś pojechać na jakieś ekstremalne wakacje. Udało się?
– Tak, chociaż wyjazd był notorycznie czymś przerywany. Ale udało się. Byłam nad polskim morzem, właśnie poszaleć na desce i było genialnie. Naprawdę do takich sportów mamy genialne warunki. Wakacje się skończyły, ale już planuję następne. W grudniu po mistrzostwach świata jadę na narty, ale nie zjazdowe. To będzie połączone z skitouringiem, czyli wchodzeniem na ponad 3 tys. metrów. W przyszłym roku marzy mi się wyjazd na deskę do Hiszpanii, ale zdaję sobie sprawę, że tam z falami już nie ma żartów. No i jeszcze rajdy samochodowe…
Chcesz powiedzieć, że w nich startowałaś?
– Nie, ale syn znajomego mojego taty startował. Pomagaliśmy mu ten samochód przygotować. A, że mieszkam na obrzeżach Zielonej Góry, drogi tam są puste, więc bardzo często testowałam ten samochód. Poza tym z reguły we wszystkich rajdach, np. Karkonosze, pracowałam w obsłudze, serwisie. Ten sport zawsze był mi bardzo bliski, tym bardziej że kibicowałam kierowcom WRC. Jednak kiedy postawiłam na strzelanie, zdałam sobie sprawę, że nie ma szans na jeżdżenie w rajdach.
Kiedy na to wszystko znajdujesz czas?
– Łatwo nie jest, ale też nie ma co narzekać. Poza tym, gdybym trenowała cały czas, to bym zwariowała: czasem znajduję czas, żeby odpocząć. Kiedyś usłyszałam takie pytanie: czy nie jest ci żal tego, że nie miałaś dzieciństwa? Nie jest, bo wcale nie czuję się poszkodowana. Ze wszystkimi tego konsekwencjami wybrałam taką drogę a nie inną i tego nie żałuję. Fakt, że czasem, kiedy wyjeżdżam na dwa Puchary Świata i nie ma mnie ponad 3 tygodnie w domu, dzwoni do mnie mama i mówi: „Córuniu, wracaj już, bo zapomniałam jak wyglądasz”.
Wspomniałaś o zmarnowanym dzieciństwie. Czyli ile miałaś lat, jak zaczęłaś trenować?
– 13 albo 14. Zaczęłam chodzić na strzelnicę z tatą, tak zupełnie dla zabawy. Przychodziliśmy sobie dwa razy w tygodniu postrzelać. W końcu zadecydowaliśmy, że trzeba wziąć się za ten sport na poważnie. Po dwóch latach trafiłam do kadry, z której nie dałam się już wyrzucić. Jeździłam na wszystkie mistrzostwa Europy i świat po kolei. Może poza dwoma. Raz trenerka, z którą wtedy trenowałam, nie wzięła mnie na mistrzostwa Europy, a drugi raz, trenując już z Andrzejem, sama z takiego wyjazdu zrezygnowałam.
To rzadkość u sportowców. Rezygnować z wyjazdu rangi mistrzowskiej na własne życzenie.
– Może boją się, że stracą swoją pozycję? U nas też tak jest. Wśród kobiet jest duża konkurencja, panowie mają za to dużo łatwiej. Ja jednak wychodzę z założenia, że czasem lepiej jest coś odpuścić, żeby później zrobić dwa kroki do przodu. Moim celem były igrzyska i razem z trenerem wiedzieliśmy, że nawet jeżeli odpuszczę wyjazd na ME, a moje wyniki później będą dobre, to i tak pojadę do Londynu.
Wygląda na to, że z trenerem rozumiecie się bez słów?
– Współpraca rzeczywiście jest rewelacyjna, ale zdarzają nam się sprzeczki. Trener wie, że potrafię się zdenerwować. Ale to wszystko napędza nasze wyniki i współpracę. I wszystko jest potrzebne.
Gdzieś tam w głowie jest myśl o kolejnych igrzyskach?
– Oczywiście. Tak jak mówiłam, miałam już chwile kryzysu, zwątpienia we własne możliwości i chęci. Jednak taki wynik, jak medal igrzysk olimpijskich, daje bardzo pozytywnego kopa i sprawia, że chce się jeszcze więcej.

SYLWIA BOGACKA
Trener: Andrzej Kijowski
Klub: Gwardia Zielona Góra
Dyscyplina: Strzelanie: karabinek pneumatyczny 10 m, karabin sportowy
Największe osiągnięcia: srebro IO Londyn 2012, srebro MŚ Zagrzeb 2006, 2 x srebro ME, brąz MŚ wojska

Rozmawiała
ALEKSANDRA
SZUMSKA


źródło: brak danych


Proste pytanie: 1 + 4 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.