Rozmowa z Piotrem Snopczyńskim – himalaistą, ratownikiem górskim, sportowcem, fotografem oraz uczestnikiem Narodowej Zimowej Wyprawy na K2

Arkadiusz Barski, poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Podczas ostatniej Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 pełnił rolę kierownika bazy. Na swoim koncie ma wiele wypraw letnich i zimowych na ośmiotysięczniki. Piotr Snopczyński – na co dzień mieszkaniec Świdnicy – zdradza kulisy zakończonej w marcu wyprawy, opowiada o scenariuszu kolejnej, a także tłumaczy, dlaczego bez wysokich gór nie może już żyć.

avatar
W góry jedziemy cieszyć się życiem, a nie zginąć - mówi Piotr Snopczyński (fot. P. Snopczyński)

PIOTR SNOPCZYŃSKI: – To była nietypowa wyprawa…
Dlaczego nietypowa?
– Po raz pierwszy zdarzyło się, że mieliśmy w bazie Internet i telefon, który był dostępny. Wcześniej za minutę rozmowy płaciło się od 5 do 10 dolarów, rozmawialiśmy przez satelitę, nie zawsze była łączność. Telefon był wtedy w specjalnym namiocie rozstawionym na lodowcu w miejscu, w którym był zasięg. Jak szliśmy zadzwonić mówiliśmy, że idziemy na pocztę. Tym razem za minutę połączenia płaciliśmy 35 groszy. Wracając do łączności to było niesamowite odprężenie dla nas, kiedy mogliśmy obejrzeć w bazie np. różnego rodzaju programy sportowe. Oglądaliśmy np. igrzyska, a później wysłaliśmy naszym skoczkom gratulacje i pozdrowienia. Od nich też dostaliśmy. Pozdrowienia i życzenia wysłał nam również Robert Lewandowski. Druga sprawa, to to, że nigdy to tej pory żadna z wypraw nie była tak szeroko relacjonowana w mediach. Odwiedzili nas dziennikarze TVN oraz Telewizji Polskiej. Chciał też przyjechać pan, który chciał napisać książkę o wyprawie, ale na to się nie zgodziliśmy.
To już było za dużo?
– Bo nie chcieliśmy się czuć jak w Big Brother. Nie można wszystkiego, co się działo na wyprawie, pokazać, opisać. Oczywiście byliśmy w nieprzypadkowym gronie, wszyscy dobrze się znaliśmy, ale przebywaliśmy przez trzy miesiące razem, na bardzo małej przestrzeni, w skrajnych warunkach, byliśmy zmęczeni, czasem też zestresowani. Zdarzało się, że wyzwalały się różne emocje i tego nie chcielibyśmy pokazywać.
Może Pan coś więcej powiedzieć o skrajnych warunkach?
– Baza była na wysokości 5 tys. metrów. Temperatury w dzień wahały się od -20 do -25, w nocy od -25 do -30. W marcu było parę dni cieplejszych, czyli -16 stopni. Później wszystko wróciło do normy, a w dodatku wystąpiły spore opady śniegu. Tam na górze często wieją bardzo silne wiatry, więc trzeba było linami zabezpieczyć 27 namiotów, które mieliśmy, żeby nie odfrunęły. Nie mówiąc już o przygotowaniu obozów pierwszego i drugiego. Warunki powyżej bazy są już naprawdę bardzo skrajne. Wiatr w okolicach wierzchołku, potrafi wiać nawet z prędkością 200 km/h. Kiedy śpi się w obozie powyżej bazy, wszystko huczy, gwiżdże. Właśnie wiatr i bardzo niskie temperatury to są „uroki” wypraw zimowych.
To nie była Pana pierwsza wyprawa zimowa?
– Nie. Czwarta, ale pierwsza w roli kierownika bazy.
Czym się zajmuje ktoś, kto wchodzi w tę rolę?
– W pierwszej kolejności musi tak pokierować logistyką, żeby dobrze zbudować bazę, tzn. tak, żeby była wygodna, w miarę funkcjonalna i żeby było w niej ciepło. Druga sprawa to segregowanie i przygotowanie całego sprzętu, który miał być używany w górze, od butli tlenowych, które były tylko zabezpieczeniem, poprzez liny, śruby, haki, karabinki, namioty, taśmy, karimaty po ogrzewacze chemiczne. Cały ten sprzęt musiał być przygotowany i wydany ekipie w odpowiednim momencie. Kiedy dany zespół wychodził, przygotowywałem im np. namiot, liny do poręczowania. Z ciekawostek, mieliśmy 6 km lin właśnie do poręczowania oraz 1,2 km lin dynamicznych potrzebnych przy wspinaczce do asekuracji. Kolejna kwestia to namiot żywnościowy. Tam zgromadzona była żywność, którą rozdzielaliśmy w zależności od tego, czy dany zespół szedł do obozu pierwszego, drugiego czy trzeciego. Zestawy przygotowane zostały już w Polsce przez specjalny zespół dietetyków. Różniły się przede wszystkim ilością kalorii. Każdy z uczestników mógł sobie wybrać także to, co mu najbardziej odpowiadało spośród żywności liofilizowanej, napojów, słodyczy, żeli energetycznych, wędlin, zup. Mówię teraz oczywiście o żywności, którą musieliśmy wynieść do obozów powyżej bazy, a oprócz tego odpowiedzialny byłem także za wyżywienie w bazie. Na co dzień gotowali nam Pakistańczycy, ale trzeba było kontrolować to, co robią w kuchni. Dostarczałem im także sporo produktów, które przywieźliśmy z Polski. Mieliśmy np. kiszoną kapustę, więc był bigos i kapuśniak.
Szczerze mówiąc, trudno mi jest sobie wyobrazić kuchnię na 5000 m w temperaturze -20.
– Z pewnością gdyby wkroczyła tam pani Magda Gessler byłaby zdruzgotana, ale nie narzekaliśmy. Podstawą było pilnowanie Pakistańczyków, żeby przestrzegali podstawowych zasad higieny, czyli np. myli ręce. W kuchni było kilka palników, stół, na którym obierali warzywa i przygotowywali potrawy oraz … miejsce, w którym nasi kucharze spali.

Rozmawiała
ALEKSANDRA SZUMSKA


Więcej w aktualnym wydaniu "Słowa Sportowego".


źródło: brak danych


Proste pytanie: 10 + 5 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
Sonda
Mundial 2018 w Rosji: Czy Polska wyjdzie z grupy??