Rozmowa z Mateuszem Biernatem – rozgrywającym KFC Gwardii Wrocław

W miniony poniedziałek ruszyły przygotowania do sezonu w KFC Gwardii Wrocław. Podopieczni trenera Krzysztofa Janczaka najpierw spotkali się na siłowni, a w środę pojechali na obóz treningowy do Borowic. Tuż przed wyjazdem udało się nieco przepytać nowego rozgrywającego GWR, Mateusza Biernata. Opowiedział o swoich czeskich podbojach, powrocie do Polski, a także ujawnił, kim jest tajemniczy kondičak.

W poniedziałek KFC Gwardia rozpoczęła przygotowania do sezonu. Powrót po koronawirusie jest trudny?

MATEUSZ BIERNAT: – Na ten moment trudno ocenić. Zobaczymy za tydzień, jak będziemy po pierwszym tygodniu obozu w Borowicach. Wtedy będę mógł powiedzieć, co to jest prawdziwe zmęczenie i czy trudno wrócić do rytmu treningowego. Dopiero jak odczuję pierwsze skutki i wołanie organizmu o litość, będę wiedział, czy powrót był trudny.

Odnalazłeś się już w nowych wrocławskich realiach? Kiedy przyjechałeś na Dolny Śląsk?

– W zeszły piątek przywiozłem rzeczy, żeby umeblować mieszkanie. Do Wrocławia tak na dłużej przyjechałem w niedzielę i od razu spotkaliśmy się z chłopakami na wieczornej kawie. Było bardzo miło.

Czyli integracja już zaliczona.

– Jak najbardziej. Myślę, że mamy superzespół, który będzie się ze sobą dogadywał zarówno na boisku, jak i poza nim. To bardzo ważne, by móc mówić o osiągnięciu wyznaczonego celu. Czuć w tej drużynie prawdziwy team spirit. Jest trener, który uwielbia ciężką pracę i jesteśmy my – zawodnicy, którzy nic nie musimy, ale wszystko możemy. I przede wszystkim chcemy, naprawdę bardzo chcemy. Podoba mi się też, że jesteśmy drużyną złożoną z siatkarzy w podobnym wieku. W Dukli miałem wielu kolegów, którzy jeszcze grali, ale wiekiem już byli na siatkarskiej emeryturze. Mimo że były to duże nazwiska (jak np. Jan Štokr), to czuło się różnicę wieku. W podejściu do życia, poglądach, zwykłej rozmowie. Tutaj tego nie ma i myślę, że to mocno zaplusuje.

Mówicie głośno o celach na ten sezon?

– Cel jest postawiony jasno: chcemy się bić o tytuł. Mam nadzieję, że nasz zespół w każdym meczu będzie zostawiał na boisku serducho. I wylewał krew, pot i łzy. A wtedy na koniec sezonu również będą łzy, ale tym razem łzy szczęścia. Teraz bierzemy medal w ciemno, ale wiadomo, że jak będziemy już w tej czwórce, to zawalczymy o najwyższe cele. Swoją ciężką i systematyczną pracą na treningach spróbujemy poprzebijać napompowane baloniki w innych klubach. A czy nam się to uda, zobaczymy.  

Dwa lata temu mówiłeś, że liga czeska jest dużo lepszym wyborem niż 1. liga w Polsce. Zmieniłeś zdanie?

– Nadal tak uważam, choć może nie do końca. Sportowo w Czechach na pewno dużo zyskałem. Nie chcę nikogo oszukiwać (tym bardziej sam siebie), więc powiem, że gdyby nie koronawirus, to pewnie nie wróciłbym do Polski. Może nie zostałbym w Czechach, ale moim celem była Francja albo Niemcy. To oczywiście nie znaczy, że Gwardia była drugim czy trzecim wyborem. Sam projekt bardzo mi się podoba, w drużynie jest potencjał, a propozycja, którą otrzymałem, była bardzo kusząca. Teraz 1. liga mocno się zmieniła i stała się dużo bardziej atrakcyjna dla sponsorów. Ludzie chcą na nią przychodzić i oglądać mecze.

Co ostatecznie zadecydowało?

– Wróciłem ze względu na moją rodzinę. Chciałem im dać spokój i stabilizację, bo nie wiadomo, co się wydarzy. Już teraz widzę, że niekoniecznie dzieje się dobrze. Pandemia powraca, są wzrosty zakażeń. Gdyby, nie daj Boże, stało się tak, że znów sezon zostanie przerwany, to jestem w domu. Mogę zapakować rodzinę w samochód i bez problemu wrócić tam, skąd pochodzę.

W zeszłym sezonie miałeś problem, by wrócić do domu?

– Liberec nie leży daleko, problemem były pozamykane przejścia graniczne. Trzeba było przekraczać granicę w Szklarskiej Porębie, czyli nadrabiać sporo dodatkowych kilometrów.  Zazwyczaj granicę przekraczałem w Bogatyni, gdzie de facto mam rodzinę. Największą trudność miałem jednak z zorganizowaniem przeprowadzki. Dopiero czwarta czy piąta firma zgodziła się przewieźć moje rzeczy przez granicę.

To pomówmy trochę o Czechach. Do Ostrawy przeniosłeś się w 2016 roku. Skąd wziął się pomysł na ten transfer?

– To był trochę przypadek, bo chciałem połączyć pewne rzeczy. Grając w Ostrawie, mieszkałem u swoich rodziców, w Radlinie. Spodziewałem się, że w czeskiej lidze nie będzie jakoś bardzo ciężko. Że będzie jeden trening dziennie i tyle. Planowałem trochę mniej trenować, a więcej rzeczy robić dookoła i zająć się pracą. Tymczasem okazało się, że tam trenują 3 razy więcej niż ja wcześniej w pierwszej lidze. Byłem zaskoczony! A potem szło mi coraz lepiej, więc dostałem propozycje z trzech czołowych klubów: Czeskich Budziejowic, VK Karlovarsko i Dukli Liberec. Wybrałem Liberec. I… na tym zakończmy.

Rozumiem, że mam nie pytać, czy żałujesz wyboru.

– Człowiek zawsze żałuje pewnych decyzji, ale musi przyjąć życie takim, jakie jest. W pierwszym sezonie w Libercu zdobyliśmy wicemistrzostwo Czech. Tak naprawdę na ten medal spojrzałem z uśmiechem dopiero po wakacjach. Nie wyszło tak, jak miało wyjść. Czuliśmy, że mamy wielki potencjał i mogliśmy to wygrać. O fotel lidera cały czas biliśmy się z Budziejowicami. Dwie kolejki przed końcem przegraliśmy mecz, którego nie mogliśmy przegrać. Straciliśmy punkt z outsiderem rozgrywek i nasz odwieczny rywal wyszedł na prowadzenie. To dało im komfort grania u siebie ostatniego, decydującego meczu. Okazało się to kluczowe, bo oni nie wygrali u nas ani jednego spotkania przez cały sezon. Byliśmy na siebie okropnie źli, bo wykonaliśmy ogromną pracę, a właściwie jeden punkt zaważył o tym, że straciliśmy wszystko. Byliśmy sobie po prostu drudzy.

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że srebra się nie wygrywa, tylko przegrywa się złoto.

– Właśnie tak jest. Wkłada się ogrom pracy w treningi, poświęca wiele rzeczy, by osiągnąć ten cel, a gdy już jest na wyciągnięcie ręki, to ktoś ci go zabiera sprzed nosa. The winner takes it all. Zwycięzca bierze wszystko.

Przenosiny do innego kraju były trudnym przeżyciem?

– W moim przypadku było to zamortyzowane. Z początku mieszkałem w domu, więc normalne życie toczyło się w mojej miejscowości. Trochę byłem tam, trochę tu. Tak naprawdę do Czech przeniosłem się do Liberca. Tam mieszkałem już razem z rodziną i uczyłem się życia po czesku. Nie było trudno, bo my i Czesi to bardzo podobny naród. Jedyne co, to mają droższy chleb i owoce.

Nauczyłeś się języka?

– Tak, mówię biegle po czesku. Niezbyt się on różni od języka polskiego. Wystarczyły mi 2-3 miesiące, by rozumieć ich w stu procentach i wiedzieć, czego ode mnie oczekują. Po kolejnych dwóch już płynnie mówiłem po czesku. Przyznam jednak, że miałem mały problem z pisaniem.

Daszki, akcenty…

– Daszek nad literą c oznacza „cz”, a nad r to „rz”. Przyjrzałem się temu trochę i widzę, że czeski jest uproszczoną wersją polskiego. Spotykaliśmy też wielu Słowaków i słowacki jest dla Polaka jeszcze prostszym językiem. Polacy są w stanie zrozumieć Słowaków nawet bez znajomości ich języka. Czeski natomiast to taka trochę mieszanka rosyjskiego, polskiego, niemieckiego… Poza tym każdy region ma swój osobny akcent. A prażanie to dopiero mają dziwny styl mówienia. Są trochę jak warszawianie w Polsce – mało kto za nimi przepada.

Jak powiedzieć „Po czterech latach w Czechach wróciłem do Polski i będę grał w Gwardii Wrocław”?

– Po čtyřech letech se vracím do Polska a budu hrát v Gwardii Wrocław.

Rzeczywiście brzmi, jakby dało się to rozszyfrować.

– Bo to jest bardzo proste i podobne. Jak czasem rozbierałem sobie jakieś słowo na czynniki pierwsze, to sklejając ich części, wychodzi polski język. Ale taki bardziej staropolski, a nie współczesny.

Może to tylko stereotypy, ale podobno dla Polaków czeski jest śmieszny.

– Bo jest. Dla Czechów natomiast śmieszny jest polski. Oni twierdzą, że my „miąkamy”. Mamy bardzo dużo zmiękczeń, jak „ć”, „ź”, a dodając jeszcze te wszystkie „ą” i „ę”, to już się całkowicie gubią. Oni wolą prościej. Na przykład, nasz trener przygotowania motorycznego to u nich kondičak. Proste słowo, pochodzące od kondycji. Od razu wiadomo, o co chodzi.

Jak wygląda siatkówka w Czechach?

– Czesi bardzo uważnie obserwują świat. Za wszelką cenę chcą dążyć do tego poziomu, jaki wyznaczają inne kraje. Nie są światowym topem, ale usilnie próbują nim być. Trenują bardzo ciężko, chcą inwestować, a kluby mają pieniądze. Chcą ściągać dobrych siatkarzy ze świata. Oczywiście nie tych najlepszych, co dostają propozycje z klubów francuskich czy włoskich. W lidze czeskiej często grają ci, którzy nie mają tak dobrych ofert, a chcą grać. To śmieszne, ale tam Amerykanin czy Kanadyjczyk to tania siła robocza. Taki siatkarz robi sobie przystanek w Czechach, zalicza dobry sezon i jedzie dalej.

Brzmi trochę jak fabryka wysokiej klasy siatkarzy.

– Trochę tak jest. W ostatnim sezonie, jak jeździliśmy na ligowe mecze do klubów z nizin tabeli, nieraz trafialiśmy na opór czy traciliśmy punkty. Bo tam byli Kanadyjczycy, Norwegowie, siatkarze z tych tzw. niesiatkarskich państw, ale radzili sobie wspaniale.

A jak z mentalnością?

– Zmienia się. My postrzegamy Czechów jako stary naród, dla którego liczy się tylko picie piwa i oglądanie w telewizji meczów hokeja. Młodzi jednak są zupełnie inni i chcą zmieniać wizerunek całej narodowości. W Ostrawie miałem wokół siebie grupę młodych, ambitnych ludzi, których łączył wspólny cel. Dobrze się rozumieliśmy i świetnie czuliśmy się ze sobą.

Czego nauczyłeś się w ciągu tych czterech lat?

– Na pewno dorosłości. Nysa była w połowie studencka, tam siatkówka była bardziej formą zabawy. Przechodząc do Czech, wszedłem na poziom dorosłej siatkówki. Stałem się człowiekiem, który wie, czego chce. Poza tym mocno wzrosłem w poziomie siatkarskim. Jestem wdzięczny mojej drużynie z Ostrawy za to, że pokazali mi swoją motywację i samozaparcie w dążeniu do celu, nie tylko w siatkówce, ale też w różnych dziedzinach życia. Nauczyłem się też odpowiedzialności. Siatkarskiej, bo tego wymagała moja pozycja w Libercu, gdzie mieliśmy już konkretne cele, ale również tej odpowiedzialności życiowej.

Rozmawiała
ALEKSANDRA MIELCZAREK

#Volley Wrocław srebrny w PreZero Grand Prix

Zakończyły się pierwsze historyczne rozgrywki cyklu PreZero Grand Prix Polskiej Ligi Siatkówki. W kobiecych zmaganiach złoty medal trafił do ekipy KS Pałacu Bydgoszcz, srebrny do dolnośląskiego #VolleyWrocław, a na najniższym stopniu podium stanęły siatkarki Grot Budowlanych Łódź.

Dwa zwycięstwa na otwarcie sezonu

Dla siatkarskich kibiców w końcu nadszedł upragniony moment. W środę reprezentacja Polski mężczyzn rozegrała swój pierwszy mecz po przerwie spowodowanej koronawirusem.

Janczak zostaje!

Pierwszym, bardzo ważnym elementem układanki, jest trener. Krzysztof Janczak zostaje w Gwardii Wrocław na kolejny sezon.

Trudne czasy

Prezes KFC Gwardii Wrocław – Łukasz Tobys opowiada o sytuacji w klubie, centrum medyczny SportsMedica i akcji #graMYdlaKOSZAROWEJ.

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij