Rozmowa z Makare Wilson, środkową oraz kapitan Impela Wrocław

Maciej Szumski, wtorek, 9 kwietnia 2013

Trudno właściwie wyobrazić sobie drużynę Impela Wrocław bez tej siatkarki. Makare Wilson, bo o niej mowa, jest jedną z najlepszych na swojej pozycji w całej Orlen Lidze, wielokrotnie dzieląc i rządząc na środku siatki. Prawdziwa boiskowa „fighterka” w szczerej rozmowie opowiada m.in. o złości po przegranym ćwierćfinale, nieukrywanej słabości do stolicy Dolnego Śląska oraz… nauce języka polskiego.
Cofnijmy się dwa tygodnie, do najważniejszego momentu dobiegającego końca sezonu. Porażka w ćwierćfinale z Dąbrową Górniczą ostatecznie pozbawiła Impel medalowych marzeń. Trzeba będzie poczekać przynajmniej do następnego sezonu.

avatar

MAKARE WILSON: – Osobiście jestem tym bardzo rozczarowana. Wiem, że w całym zespole odczucia są takie same. Powinnyśmy zagrać lepiej, zdajemy sobie z tego sprawę.
Powodów porażki dopatrywałem się we wrocławskim kwadracie dla rezerwowych. Można to tak określić? Tauron MKS miał ekipę praktycznie bez słabych punktów.
– Faktycznie, patrząc na całokształt, Dąbrowa Górnicza miała bardzo silny zespół. Nie zgodzę się jednak z tym, że o rywalizacji zadecydowała słabość naszych rezerwowych. Moim zdaniem największym problemem była zbyt duża „różnica” w naszej jakości gry. Mam tu na myśli także zaufanie do własnych umiejętności. Popatrzmy chociażby na ostatni mecz ćwierćfinałowy. Wygrywamy drugiego i trzeciego seta, później gramy dokładnie w takim samym zestawieniu i coś się zacina. Nasza gra wygląda wtedy poniżej krytyki.
Czyli zabrakło zakończenia tego, co mozolnie budowałyście w trakcie meczu.
– W takich momentach trzeba po prostu „zabić” przeciwnika. Jeśli masz rywala w garści, prowadzisz i kontrolujesz grę, musisz to skończyć. Miałyśmy wiele możliwości do tego, żeby rozstrzygnąć rywalizację z Dąbrową Górniczą na swoją korzyść. Zamiast to zrobić, kończyło się… smutnym siatkarskim żartem. Nie ukrywam, że to było i jest frustrujące.
Po tej porażce nie jest trochę tak, że sezon się dla Impela po prostu skończył?
– Nie sądzę, chociażby patrząc z perspektywy tego, jak ten sezon wyglądał na początku. To było coś okropnego. Wszyscy mówili, że zespół ma potencjał, potrzebuje czasu, ale wyniki były takie a nie inne. W połowie rundy zasadniczej tabela nie pozostawiała nam złudzeń.
Doszło jednak do kilku znaczących zmian…
– Wiem, co masz na myśli. Do zespołu doszli trener Tore Aleksandersen i Maja Ognjenović. Chcę jednak podkreślić, jak ciężko pracowałyśmy, żeby się odbudować. Rzeczywiście nie byłoby to możliwe bez pomocy z zewnątrz. Dostawałyśmy sporo wsparcia z różnych stron, potrzeba było też świeżego spojrzenia. W końcu udało się nam wejść na poziom, na który rzeczywiście stać drużynę. Jestem z tego dumna, bo to była długa i ciężka droga. Wierzę też, że jesteśmy w stanie zrobić kolejny krok do przodu.
Piąte miejsce to mimo wszystko powtórka z ubiegłego sezonu.
– Zdaję sobie sprawę, że możemy zakończyć sezon z takim samym wynikiem, jak w poprzednich rozgrywkach. Chciałybyśmy być wyżej, ale – tak jak już mówiłam – w pewnym momencie sezonu równie dobrze mogłyśmy skończyć na miejscach dziewiątym bądź dziesiątym. Dlatego podsumowując, nie kończymy sezonu już teraz, a walczymy o to, żeby zakończyć zupełnie inaczej, aniżeli rozpoczęłyśmy.
Metody szkoleniowe trenera Aleksandersena zdały egzamin?
– Tak. One były dla nas inne, bardzo pomocne w trudnym momencie. To było to, czego wtedy potrzebowałyśmy. Trener Aleksandersen od początku wiedział, gdzie ten zespół powinien być i dał nam zupełnie nową motywację… na całe szczęście! (śmiech). Nowy trener, nowe spojrzenie.
Skoro jesteśmy przy zmianach, wyjaśnijmy jeszcze jedną kwestię. Przed turniejem finałowym o Puchar Polski doszło do zmiany na stanowisku kapitana zespołu. Vesnę Djurisić zmieniła…Makare Wilson. Dlaczego?
– Nie ma w tym wielkiej filozofii. Vesna złapała kontuzję, miała problemy ze zdrowiem i wiadomo było, że ktoś musi przejąć te obowiązki. Nam jest właściwie obojętne, która z nas jest kapitanem. Padło na mnie i tak już zostało.
Kończąc wątek czysto sportowy, przed Impelem rywalizacja z Budowlanymi Łódź. Rozumiem, że siatkarska złość „Impelek” jest wielka.
– Jeśli mam być szczera, mam ochotę… pozabijać wszystkich na boisku. Wiem, że złość czują też inne dziewczyny. Nie ma mowy o przeciąganiu tej rywalizacji. Nie będzie to miejsce, którego oczekiwałam ja, oczekiwał zespół, ale jeśli jest możliwość jakiegokolwiek zakończenia z podniesionym czołem, chcemy to zrobić.
Dobry moment na odwiedziny Makare Wilson wybrały siostra oraz córka. Widziałem obie panie na trybunach ostatniego meczu w Twardogórze.
– Jak najbardziej, wiedziały, kiedy się pojawić. Córka miała akurat wolne w szkole, odwiedziły mnie wspólnie, bardzo się z tego powodu cieszyłam. To była dla mnie ogromna frajda, ciężko to zresztą opisać słowami.
Polska przypadła do gustu córce?
– Przyznam, że moja córka po prostu… pokochała Polskę!
Nawet nieco „specyficzną” odmianę wiosny?
– Ok., może faktycznie wszystko, poza wiosną w polskim wydaniu (śmiech). Uważam jednak, że ta pogoda daje się we znaki wszystkim, wliczając w to także Polaków. Moja córka powiedziała siostrze, że chce się przenieść do Polski i tutaj mieszkać. Pokochała niemal wszystko, zresztą ja mam podobnie. Czuję się szczęściarą, że trafiłam akurat do Wrocławia. Uważam to miasto za wyjątkowo piękne. Miałam okazję trochę pojeździć po Polsce, żałuję, że tak niewiele i najczęściej ze względu na mecze, ale zauroczył mnie wasz kraj.
A czy Makare Wilson myśli o przyszłości we Wrocławiu?
– Myślę (śmiech). Ten kończący się sezon jest dla mnie naprawdę dobrym doświadczeniem. W siatkówce często jest tak, że jak trafia się do mocnego klubu, walczącego o sukcesy, to okazuje się, że znajduje się on w mieście, w którym kompletnie nic nie ma poza siatkówką…
Polskie przykłady?
– Myślę, że chociażby Muszyna. We Wrocławiu jest za to tyle miejsc, tyle różnych ciekawych historii, że – podkreślę to po raz kolejny – jestem szczęśliwa, że tutaj właśnie trafiłam. Dodatkowym atutem jest brak bariery językowej. Tutaj niemal wszyscy mówią po angielsku. W Turcji czy w Rosji trzeba było nauczyć się tamtejszego języka, inaczej komunikacja była bardzo mocno utrudniona.
Więc może mała próbka…
– Nie, nie pytaj mnie o to, nie ma szans, żebym coś powiedziała tu i teraz (śmiech). Potrafię się przywitać, pożegnać, do tego kilka „brzydkich” słówek też mam opanowanych.
I to tyle?
– Będąc w towarzystwie słucham tego, jak komunikują się inni. Wyłapuje jakieś słowa, staram się coraz więcej rozumieć. Zdarza się, że odpowiednio zareaguje na polskie zdanie i od razu słychać: – Skąd ty to wiesz? (śmiech). Muszę jednak powiedzieć otwarcie, że polski jest jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym językiem, z jakim miałam w życiu styczność.
Na deser pozostawiłem temat kibiców Impela Wrocław. Zjeździli za zespołem całą Polskę, w Twardogórze sprawili, że chyba faktycznie czułyście się, jak u siebie. Można im wystawić porządną i w pełni zasłużoną laurkę.
– Tak, nasi kibice są po prostu rewelacyjni! Za każdym razem zachwycam się tym, że jeżdżą razem z nami, są na dobre i na złe z drużyną. Nawet w sytuacjach, kiedy gramy na wyjeździe i nagle usłyszę wierną grupkę pięciu, czy dziesięciu kibiców Impela, to jest to świetne uczucie. Poświęcają sporo czasu, żeby być razem z nami, to niesamowite i ciężko to opisać. Cóż, ja mogę im za to wsparcie ogromnie podziękować, zresztą podobnie, jak po każdym meczu, kiedy przybijam „piątkę” mówiąc: – Dziękuję.
Rozmawiał
MACIEJ PIASECKI


źródło: brak danych


Proste pytanie: 8 + 2 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.