Rozmowa z Mają Włoszczowską, tegoroczną wicemistrzynią świata i Europy w kolarstwie górskim

Mówi się, że w Polsce jest teraz trzech sportowców naprawdę wielkiego formatu: Justyna Kowalczyk, Agnieszka Radwańska i ona… Maja Włoszczowska. Od lat nie schodzi ze sportowego szczytu i chociaż płaci za to sporą cenę, walczy dalej. O przygotowaniach do igrzysk w Londynie, rozłące z rodziną, słabości do placków węgierskich i przewadze spodni nad sukienkami opowiada tegoroczna wicemistrzyni świata i Europy w kolarstwie górskim.

Jesień to pora, kiedy jest czas na lenistwo?

MAJA WŁOSZCZOWSKA: – Teoretycznie tak. Sezon kończy się w październiku, więc mam kilka tygodni na odpoczynek. Jednak w praktyce jestem rzadkim gościem w domu. Mam mnóstwo, obowiązków sponsorskich jestem też zapraszana na rożne imprezy, gale. To jest trochę tak, że mam problem z asertywnością i nie potrafię odmawiać...

Lubisz te wszystkie gale, imprezy, wywiady?

– Bardzo, ale nie zawsze. Bywa tak, że jestem tym wszystkim zmęczona. Męczą mnie przede wszystkim podróże, np. Jelenia Góra – Warszawa i z powrotem. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że mam teraz swoje 5 minut i muszę je wykorzystać. W efekcie tego prawdziwego wypoczynku miałam w tym roku tydzień, który spędziłam w Egipcie. Byłam tam z fantastyczną ekipą, więc udało się oderwać myśli od roweru i zregenerować siły.

Jak już jesteś w domu, to…

– Teraz myślę przede wszystkim o tym, żeby ten dom uporządkować. Przez te wszystkie wyjazdy mam spore zaległości w tej kwestii. A jeżeli rzeczywiście mam wolny dzień, to najczęściej spędzam go ze swoją rodziną, chłopakiem. Ostatnio trafiła mi się taka wolna niedziela, kiedy rzeczywiście mogłam sobie pozwolić na prawdziwy relaks. Po południu jednak i tak pobiegłam na basen i saunę. Ale powiem szczerze, że brakuję mi przede wszystkim chwil spędzonych w rodzinnym gronie. Wydaje mi się, że im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie domowy spokój.


Ile dni w ciągu roku jesteś poza domem?

– Około 300.

Rozumiem, że większość tego czasu spędzasz ze swoją ekipą CCC, nie macie siebie czasem dość?

– Nie. Myślę, że jesteśmy naprawdę zgranym teamem. Oczywiście jedni lubią się bardziej, inni mniej, ale wytrzymujemy ze sobą bez najmniejszych problemów. Co więcej, po sezonie bardzo za sobą tęsknimy.

Z Twoim partnerem chyba rzadko się widujecie. Dobrze znosicie rozłąkę?

– Na całe szczęście, Przemek doskonale rozumie, jak ja funkcjonuję. Sam związany jest ze sportem, jest pilotem rajdowym, więc może to w jakimś stopniu ułatwia sprawę. Z tymi rozłąkami nie jest zatem tak źle. W trakcie sezonu Przemek często jeździ ze mną na zawody, odwiedza mnie na zgrupowaniach, nawet zaczął jeździć na rowerze. Na co dzień mieszka we Wrocławiu, więc ja, jadąc z Jeleniej Góry, z reguły zahaczam o Wrocław. No i często wolne weekendy spędzamy u mnie, w Jeleniej Górze. 


Wracając do tych wolnych chwil, to masz np. czas na gotowanie albo bieganie po sklepach?

– W sezonie rzadko, po sezonie częściej. Muszę się przyznać, że nie umiem gotować, co nie znaczy, że nie próbuję. Lubię sobie czasem otworzyć książkę kucharską i przyrządzić jakąś potrawę. Potrafię zrobić bardzo dobre zupy kremy, a to dlatego, że po wypadku w Kanadzie tylko je mogłam jeść, więc nie miałam wyboru, musiałam się nauczyć. Jeżeli chodzi o zakupy, zwłaszcza ubrań, to najczęściej biorę ze sobą Przemka, który ma znacznie lepszy gust ode mnie i dzięki temu moje wybory są trafniejsze.

Częściej wybór pada na spodnie czy sukienki i np. szpilki?

– Zdecydowanie częściej na spodnie. Z reguły na zgrupowaniach chodzę ubrana w dres, w domu, kiedy często mam mnóstwo spraw do załatwienia, ubieram jakieś wygodne jeansy, tak więc sukienek w mojej szafie nie ma za wiele. A jeżeli już takie są, to wieczorowe kreacje na rozmaite bale albo typowo letnie sukienki, które miałam okazję wykorzystać w Egipcie. Niedawno miałam nawet taką sytuację, że szłam na sesję zdjęciową i miałam przykazane, żeby zabrać ze sobą jakąś fajną, zwiewną sukienkę. Niestety, w szafie nie znalazłam ani jednej.


Wcześniej mówiłyśmy o galach, obowiązkach sponsorskich, a pojawiły się w twoim życiu propozycję np. sesji dla magazynów dla panów albo występu w jakimś show w rodzaju „Tańca z gwiazdami”?

– Owszem, pojawiały się takie propozycje, ale w magazynie dla mężczyzn nie chciałam wystąpić. Nie jest to zgodne z moim charakterem, poza tym wolę, żeby ludzie znali mnie przede wszystkim z tego, że osiągnęłam sukcesy sportowe. Do „Tańca z gwiazdami” mam inne podejście. Chętnie bym się zgodziła na udział w nim. Nie dla pieniędzy czy sławy, ale przede wszystkim dlatego, że lubię tańczyć, a nie umiem i chciałabym się nauczyć. Niestety, ta zabawa zabiera mnóstwo czasu, którego póki co nie mam.

Skoro wspomniałaś o sławie, to jesteś już rozpoznawalna? Ludzie na ulicy zaczepiają Cię z prośbą o autografy?

– Zdarza się. Oczywiście w Jeleniej Górze dużo częściej niż np. we Wrocławiu. Ostatnio nawet dzieciaki złapały mnie w ogrodzie, więc stałam przy płocie i rozdawałam autografy. To oczywiście bardzo miłe, choć faktem jest, że czasem brakuje mi prywatności czy może bardziej anonimowości. 


Zdarza się, że pod Twoim domem pojawiają się wycieczki fanów?

– Rzadko, chociaż moja mama mówiła mi, że kiedy zdobyłam mistrzostwo świata, grupka kibiców w nocy śpiewała „sto lat” pod naszymi oknami. 

Wróćmy do gotowania i jedzenia. Trenujesz dyscyplinę, w której waga jest ważna, w której przestrzegać trzeba dość rygorystycznej diety. Nie masz z tym problemu?

– Raczej nie, chyba się do tego przyzwyczaiłam, co nie znaczy, że nie brakuje mi przede wszystkim lodów i innych słodyczy. Kiedy trwa sezon, obiecuję sobie, że jak się skończy, to będę jeść moje ulubione placki po węgiersku.

A jak w trakcie sezonu wygląda Twoja dieta?

– Rano płatki z mlekiem albo jogurtem, później dużo warzyw, chudego mięsa, a przed startem makarony. To pozwala mi utrzymać optymalną wagę 53 kg. Po sezonie z reguły przybywa mi tak o 2, 3 kg, które później mozolnie gubię.

Masz za sobą z jednej strony szczęśliwy rok (srebrne medale mistrzostw świata i Europy), ale z drugiej to był chyba trudny czas, przede wszystkim ze względu na rozstanie z trenerem Piątkiem?

– Rzeczywiście, to była trudna decyzja i za wiele nie chciałabym o tym mówić. Wspólnie ustaliliśmy, że nasza współpraca przestała zmierzać w dobrym kierunku i rozstanie było najlepszym rozwiązaniem. Pozostałe dziewczyny z drużyny też tak zadecydowały. Jestem oczywiście wdzięczna trenerowi Piątkowi za to, co wniósł do mojej kariery, ale liczę na to, że i on na tej współpracy wiele skorzystał. W tej chwili każdy powinien iść swoją drogą. Trochę przykre jest, że większość mediów w tej sprawie potraktowała mnie jak kata i muszę powiedzieć, że przez to wszystko presja, z którą musiałam sobie poradzić podczas najważniejszych zawodów, była ogromna, aż sama się dziwię, że sobie z nią poradziłam.


Problemy za Tobą, więc teraz można skoncentrować się na igrzyskach w Londynie?

– Tak, to jest mój cel. Właściwie już powoli zaczynam trenować do tej imprezy. Najpierw będę przygotowywać się w Jeleniej Górze, bo tu mam do tego idealne warunki. Zimą pewnie będę sporo biegać na nartach na Polanie Jakuszyckiej. Później pojedziemy na zgrupowania, a już w marcu pierwsze zawody Pucharu Świata i kwalifikacje olimpijskie.

A wybiegasz już tak daleko w przyszłość i myślisz, co będzie po Londynie?

– Głównie koncentruję się na igrzyskach, ale oczywiście jakieś pomysły się pojawiają. Myślę, że będę chciała trenować kolejne cztery lata, aż do igrzysk w Rio. Na później też mam przygotowanych parę rozwiązań, ale wiem, że jeszcze wszystko może się zmienić o 180 stopni.

Planujesz założenie rodziny?

– Tak, ale to jest dla mnie bardzo odległy temat, chociaż zdaję sobie sprawę, że kobiety w tym względzie znacznie ogranicza czas. Nie wyobrażam sobie jednak póki co, że zostanę mamą, i nie chodzi o to, że na 9 miesięcy byłabym wyłączona z treningów, ale o to, jak zmieniłoby się moje życie po urodzeniu dziecka. Nie byłoby mowy o długich wyjazdach, o treningach z prawdziwego zdarzenia, bo przecież zakładam, że chciałabym przy tym dziecku być i je wychowywać. Niby mówi się, że sportsmenki po ciąży odnoszą jeszcze większe sukcesy, ale z obserwacji w mojej dyscyplinie wynika zupełnie coś innego.

Czyli teraz przede wszystkim Londyn?

– Tak wszystko podporządkowane jest temu, żeby zdobyć kolejny medal olimpijski.

Rozmawiała

ALEKSANDRA SZUMSKA

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij