Rozmowa z Kamilem Sochą, trenerem Piasta Żmigród

Monika Pelc, poniedziałek, 15 stycznia 2018

W październiku ubiegłego roku nowym trenerem III-ligowego Piasta Żmigród został Kamil Socha – szkoleniowiec związany w przeszłości przede wszystkim z Unią Skierniewice, ale też z Akademią Legii Warszawa i I-ligowym Zagłębiem Sosnowiec. Nigdy wcześniej nie pracował natomiast na Dolnym Śląsku. W związku z tym postanowiliśmy poznać go nieco bliżej, a tym samym przedstawić czytelnikom „Słowa Sportowego”.

avatar
Poprzednim miejscem pracy trenera Kamila Sochy było I-ligowe Zagłębie Sosnowiec

O której rozpoczynają się styczniowe treningi Piasta?
Kamil SOCHA: – O 18.15, bo część chłopaków dojeżdża z Wrocławia i chcemy dać szansę wszystkim, aby zdążyli na trening. Niestety, to jest półzawodowa liga. Zawodnicy oprócz grania w piłkę uczą się lub pracują.
Pan też musi dojeżdżać do Żmigrodu?
– Na szczęście u mnie jest inaczej. Mam w Żmigrodzie mieszkanie wynajęte przez klub. Dlatego jestem cały czas na miejscu i staram się wykorzystać ten czas jak najlepiej dla dobra Piasta.
Nigdy wcześniej nie był Pan związany z Dolnym Śląskiem. Gdzie sięgają Pańskie korzenie?
– Z Dolnym Śląskiem byłem dotychczas związany jedynie poprzez przyjaciół. Na przykład poprzez Irka Mamrota. Znamy się od wielu, wielu lat, razem robiliśmy licencję UEFA A i UEFA PRO. Na tym drugim kursie poznałem się też z Adamem Buczkiem z Lubina. A ja sam jestem obywatelem świata (śmiech). Pochodzę z Tomaszowa Mazowieckiego, wychowałem się w Siedlcach i w tamtejszej Pogoni zaczynałem swoją przygodę ze sportem. I co najśmieszniejsze, zaczynałem ją od hokeja na lodzie. Sekcję prowadziło dwóch bardzo zasłużonych dla polskiego hokeja zawodników, Wiesław Jobczyk i Roman Steblecki, byli olimpijczycy i reprezentanci Polski. Ich sława przyciągała do klubu wielu młodych chłopców, którzy marzyli o zrobieniu podobnej kariery. Na mnie też to zadziałało i postanowiłem spróbować swoich sił na lodzie. Ale ta fascynacja hokejem nie trwała zbyt długo. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy dziś utrzymałbym się na łyżwach (śmiech). Z racji tego, że mój tato był piłkarzem, bramkarzem Pogoni, a wcześniej m.in. Górnika Wałbrzych, skąd pochodzi, moje drogi dość szybko zeszły się z piłką nożną. Kiedy przeprowadziliśmy się z Siedlec do Skierniewic, rozpocząłem regularne treningi w tamtejszej Unii. I ze Skierniewicami jestem rodzinnie związany do dziś. Tam jest mój rodzinny dom, moje dzieci i żona.
Takie życie trenera, cały czas na walizkach…
– Szczerze mówiąc, zawsze mam walizki rozpakowane do połowy.
Jakim był Pan piłkarzem?
– Pokopałem trochę dłużej niż grałem w hokeja, ale też stosunkowo wcześnie skończyłem. Mając 26 lat, zrezygnowałem ze świadomością, że nie mam szans grać na wysokim poziomie. A granie po niższych ligach nie satysfakcjonowało mnie. Zawieszając buty na kołku, wiedziałem już, że chcę zostać trenerem.
Z Pańskimi umiejętnościami bramkarskimi nie mogło być aż tak źle, skoro w pewnym momencie trafił Pan do Widzewa Łódź?
– Rzeczywiście pojawiłem się w pewnym momencie w Widzewie Łódź, ale grałem wyłącznie w drużynie rezerw. Do pierwszego zespołu kandydowali wówczas tacy bramkarze jak Piotr Wojdyga i Andrzej Kretek. Szybko pozbyłem się złudzeń, że mógłbym zająć ich miejsce. Byłem sprawny, miałem określone umiejętności, refleks. Ale zdecydowanie brakowało mi wzrostu, aby zajść w piłce nieco wyżej.
Ktoś zainspirował Pana do zajęcia się pracą trenerską?
– Nigdy nie miałem jakichś specjalnych wzorców trenerskich. Może z wyjątkiem jednego, sir Alexa Fergusona. A to w związku z moją wieloletnią miłością do Manchesteru United. Cały czas pochłaniam różnego rodzaju publikacje tego legendarnego szkockiego menedżera. Jestem właśnie po lekturze jego książki „Być liderem”. Świetna publikacja, którą polecam nie tylko fanom „czerwonych diabłów”, ale też kolegom po fachu. A wracając do pytania, to na pewno z biegiem lat czerpałem z doświadczeń wielu doskonałych szkoleniowców, ale wypracowałem swój styl pracy. Cały czas staram się uczyć i rozwijać. Zaczynałem od grup młodzieżowych, a dosyć szybko powierzono mi prowadzenie seniorskiej drużyny rezerw w Unii Skierniewice i rolę asystenta przy pierwszym zespole, który miał bardzo mocną pozycję w starej III lidze. Kiedy zrobiłem z rezerwami awans do IV ligi, w klubie nastąpiła dość duża rewolucja kadrowa i zaproponowano mi objęcie pierwszej drużyny. Skorzystałem z okazji, chociaż otrzymałem bardzo odmłodzony zespół, którego możliwości były dużą niewiadomą. Wiele osób ostrzegało mnie, że daję się wsadzić na konia, z którego szybko spadnę. Ale nie przestraszyłem się, podjąłem wyzwanie i zakończyliśmy sezon na piątym miejscu w tabeli, jednym z najlepszych w historii klubu. Prawdopodobnie właśnie wtedy po raz pierwszy uwierzyłem, że stać mnie na podejmowanie ciekawych wyzwań trenerskich i na udaną przygodę w tym fachu...

Więcej w najnowszym numerze "Słowa Sportowego".

Rozmawiał

ŁUKASZ HARAŹNY


źródło: SS nr 2


Proste pytanie: 4 + 0 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.