Rozmowa z Kamilem Chanasem, który po kilku latach przerwy wrócił do Śląska Wrocław

Aleksandra Szumska, poniedziałek, 6 lipca 2015

Po kilku latach Kamil Chanas wraca do swojego macierzystego klubu – Śląska Wrocław. Nam opowiada o powodach odejścia ze Stelmetu, swojej magicznej rękawiczce i narodzinach synka Karola.

avatar
Fot. Archiwum


Odważny jesteś.
KAMIL CHANAS: – Dlaczego?
Bo zamieniłeś drużynę mistrza Polski na zespół, w którym na razie jesteś tylko Ty. Fakt to Twój macierzysty klub, ale nie boisz się trochę?
– Nie boję, bo wiem, że będzie dobrze. Tak naprawdę to wiem trochę więcej niż wszyscy dookoła, ale jeszcze nic nie mogę zdradzić (śmiech). Znam tych ludzi, wiem czego mogę się spodziewać, ale przyznam szczerze, że gdyby to był inny klub, to bym się pewnie na coś takiego nie zdecydował.


Zapytam wprost. To Ty zrezygnowałeś ze Stelmetu, czy Stelmet z Ciebie?
– To ja podziękowałem Stelmetowi. Byłem niezadowolony z liczby minut jakie spędzałem na parkiecie. Miałem kontrakt ważny jeszcze przez jeden sezon, ale czułem, że jeśli zostanę w Zielonej Górze, to pogrzebię się koszykarsko. Ja mam poczucie, że jestem jeszcze młody, że na wiele mnie stać, a w Stelmecie nie mogłem tego pokazać. W Śląsku dostałem zapewnienie, że będę grał, że będę jedną z wiodących postaci na parkiecie, więc wróciłem do Wrocławia.

Dlaczego nie grałeś tyle ile chciałeś w Zielonej Górze?
– Ja się śmieję, że stałem się ofiarą własnego sukcesu. Kiedy przyszedłem do Zielonej Góry, postawiono przed nami cel – wejść do play off, a my zdobyliśmy brązowy medal. Później było mistrzostwo Polski, Euroliga. Władze klubu sprowadziły teoretycznie lepszych graczy, którzy więcej zarabiali i zdecydowanie więcej minut na parkiecie dostawali.

Słyszałam, że w Zielonej Górze oboje, Ty i Twoja żona, która założyła tam zespół cheerleaderek byliście bardzo lubiani. Pewnie mimo wszystko ciężko było to wszystko zostawić?
– Oczywiście. Tym bardziej, że właściwie ułożyliśmy tam sobie życie. Niestety takie historie są wpisane w karierę sportowca. Myślę, że trudniej z Zieloną Górą było rozstać się Magdzie, która od podstaw założyła tam swój zespół, a teraz musiała go zostawić.

Sam zgłosiłeś się do Śląska, czy raczej propozycja wyszła od klubu?

- Rozmawialiśmy o moim powrocie co roku, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Tym razem wróciliśmy do rozmów i w końcu znaleźliśmy konsensus.
Byłeś już w hali przy Mieszczańskiej?
– Jasne. Zbyt wiele się tam nie zmieniło i całe szczęście, bo klimat wciąż ten sam. To tak jak powrót do domu.

Na Mieszczańskiej nic się nie zmieniło, a klub? W końcu sporo się działo nie zawsze dobrych rzeczy.
– Oczywiście cały czas śledziłem co tu się dzieje. Powiem szczerze, że kiedyś nie wyobrażałem sobie, że Śląska może nie być, że przyjdzie mi wyjechać z Wrocławia. Potoczyło się tak, a nie inaczej i z perspektywy czasu oceniam, że to wszystko było dla mnie na plus. Przeżyłem wiele zespołów, miałem okazję pracować z niejednym trenerem. Sporo mnie to nauczyło i teraz z tym doświadczeniem wracam do Wrocławia głodny koszykówki, do klubu który wiadomo też się zmienił.

Jeszcze wakacje, czy już zaczynasz treningi?
– Właściwie to niedawno skończył się sezon, więc od koszykówki jeszcze trzymam się z daleka. Póki co trochę sobie biegam, a treningi wznowię w drugiej połowie lipca.

A jak Twoje zdrowie i przede wszystkim ręka?
– Chyba teraz oficjalnie mogę mówić, że z tą ręką było tak, że kiedy ją złamałem i trafiłem do szpitala lekarze pokpili sprawę, zwyczajnie zepsuli operację. Takie jest moje zdanie, oni pewnie mają swoje. To znacznie zahamowało moją karierę. Teraz jest dobrze i właściwie odzyskałem pełną sprawność. No i mam moją magiczną rękawiczkę.

Czyli?
– Podczas operacji został uszkodzony nerw promieniowy. Znacznie utrudniało to grę. Któregoś razu Adam Kawczyński z wrocławskiej AWF skontaktował mnie z ludźmi z Politechniki Wrocławskiej. Podłączyli mnie do komputerów, które rejestrowało moje ruchy i na tej podstawie stworzyli rękawiczkę, którą później uszył pan, który na co dzień z neoprenu szyje kombinezony dla nurków. Ona tak jakby spełnia funkcję nerwu, który nie funkcjonuje. Bardzo serdecznie im za to dziękuję, bo bez rękawiczki nie wiem, jakby to wszystko wyglądało. Taki gościu z rękawiczką jestem teraz (śmiech).

Miniony sezon był dla Ciebie chyba podwójnie szczęśliwy i to nie tylko ze względu na wyniki sportowe, ale i życie rodzinne, bo urodził Ci się synek. Byłeś przy narodzinach Karola?
– Oczywiście, że byłem. Zapowiedziałem nawet trenerowi wcześniej, że mam taką sytuację rodzinną i że w razie czego będę prosił o wolne. Wszystko się dobrze ułożyło i przebiegało bez problemu.

Mdlałeś?
– Nie, ale mecz przy tym to nic (śmiech). Kiedyś słuchałem opowieści starszych kolegów i jakoś nie mogłem sobie całej sytuacji wyobrazić. Dominik Tomczyk mówił, że kiedy rodzi się dziecko to trochę takie uczucie, jakby strzelić zwycięskiego gola na mistrzostwach świata. Rzeczywiście coś w tym jest, ale dla mnie to jednak uczucie nieporównywalne do niczego innego.

Masz czas na opiekę nad synkiem?
– Na całe szczęście jak Karolek się urodził to skończyły się puchary, więc tego czasu było nieco więcej. Nie będę jednak ukrywał, że to głównie żona się zajmuje synkiem, a ja tylko pomagam.

Karol ma już za sobą pierwsze mecze?
– Tak. Jak były rozgrywane o wcześniejszych godzinach, to był z nami w specjalnych słuchawkach. Na mecze Śląska też będzie chodził, kibicować tacie. Mam nadzieję, że zarówno Karolkowi, jak i kibicom dostarczymy mnóstwo dobrych emocji.

Rozmawiała
ALEKSANDRA
SZUMSKA


źródło: własne


Proste pytanie: 3 + 6 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.