Rozmowa z Józefem Lisowskim – trenerem polskich 400-metrowców

Monika Pelc, poniedziałek, 12 marca 2018

Złoty medal i rekord świata, który ustanowili: Rafał Omelko, Łukasz Krawczuk, Jakub Krzewina i Karol Zalewski to kontynuacja wielkich sukcesów naszych czterystumetrowców. Pamiętać trzeba, że złoto z Birningham nie jest jedynym w tej konkurencji na HMŚ. W 2001 na najwyższym stopniu podium stanęli: Jacek Bocian, Piotr Rysiukiewicz, Piotr Haczek i Robert Maćkowiak. Od tamtych czasów jednak minęło mnóstwo czasu i nasza sztafeta przechodziła różne etapy, także te gorsze, o czym nieraz mówił Józef Lisowski. Mimo to udało się po raz kolejny osiągnąć sukces.

avatar

Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy, mówił Pan, że sięgnęliście dna i teraz już można się tylko od tego dna odbić. Bardzo szybko udało się wrócić na szczyt. Jak to się robi?


JÓZEF LISOWSKI: –
Czy na szczyt, to powiem szczerze, że nie wiem. Wciąż nie mamy medalu olimpijskiego. Myślę, że te mistrzostwa świata to taki kolejny przystanek na drodze do Tokio. Jeśli ci chłopcy wywalczą medal na igrzyskach, to wtedy będzie ukoronowaniem naszej pracy. Gdybyśmy dzisiaj zapytali ich, czy zamieniliby ten rekord i mistrzostw świata nawet na olimpijski brąz, to myślę, że wszyscy by się zgodzili. Jak to się udało zrobić, że jest coraz lepiej? Powiem szczerze, że gdybym był sam, nic nie udało by się osiągnąć. To praca całego zespołu ludzi. W szkoleniu tych chłopców na rożnych etapach kariery brało udział 11 trenerów! Ja postawiłem tylko kropkę nad „i”.
Trener sztafety jest według Pana trenerem sportów drużynowych czy indywidualnych? Bo ja bardziej przychylam się do tego pierwszego. W tym przypadku musiał Pan stworzyć zespół z ekipy dość trudnej?
– Ja też sądzę, że w tym przypadku trzeba mieć chyba więcej cech trenera sportów zespołowych. Nieraz powtarzałem, że z grzecznych chłopców trudno jest zbudować ekipę na medal, która walczyć będzie na śmierć i życie. Każdy z Amerykanów, których pokonaliśmy miał o ponad sekundę lepszy rekord życiowy od naszych chłopców. Wiem, że ktoś może powiedzieć, że oni nas zignorowali, ale wiedzieć trzeba, że oni w tym biegu też pobili rekord świata. Więc też biegli mocno. My po prostu nie mieliśmy najlepszych zawodników, ale mieliśmy najlepszą drużynę. Siłą jest zespół. Śmiałem się, że to mogło wyniknąć z tego, że każdy z nas miał komuś coś do udowodnienia. Później to eksplodowało i wyszło, jak wyszło.
To prawda, że kiedy Jakub Krzewina wpadł na metę, pomyślał Pan, że zepsuł się na Panu stoper?
– Tak, to prawda. Powiem szczerze, że ja nie liczyłem ani na złoty medal, ani tym bardziej na rekord świata. Bardziej nastawiałem się na wicemistrzostwo. W sobotę trener Adasia Kszczota jak zwykle pożyczył od mnie stoper, bo zawsze zapomina swojego. Za każdym razem, jak mi go oddaje, wszystko mam w tym stoperze poprzestawiane. Jak chłopcy skończyli bieg, myślałem, że Zbyszek Król znowu coś na mieszał. Obok mnie stał Marcin Lewandowski i nagle zaczął do mnie krzyczeć, „trenerze, rekord!!!”. To było niesamowite.
Amerykanie pogratulowali?
– Mnie osobiście nie. Gratulacje złożył mi natomiast trener reprezentacji Belgii. W Pradze to ja musiałem gratulować jemu, kiedy odebrali nam rekord Europy. Teraz sytuacja się odwróciła, ale na koniec powiedział mi, że to nie koniec.
Będzie Pan miał czas na odpoczynek?
– Tak. Muszę się trochę wyłączyć. Mam do zrobienia parę rzeczy w ogrodzie, których nie zdążyłem zrobić przed wyjazdem. Dzięki temu się zrelaksuję i będę gotowy do dalszej pracy.


Rozmawiała
Aleksandra Szumska

 

W najnowszym numerze również rozmowy z członkami sztafety: Jakubem Krzewiną oraz Łukaszem Krawczukiem.


źródło: ss nr 10


Proste pytanie: 6 + 1 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.