Rozmowa z Damianem Janikowskim, zapaśnikiem Śląska Wrocław, brązowym medalistą igrzysk w Londynie

Od kilku sezonów zaliczany jest do jednych z najlepszych zapaśników w Polsce i na świecie. Rodowity wrocławianin był jednym z pewniaków do medalu olimpijskiego i jako jeden z niewielu wytrzymał presję i stanął na podium igrzysk w Londynie. Po tym, jak odebrał medal w Londynie płakał rzewnymi łzami, czym wzruszył całą Polskę. – Ja na co dzień nie płaczę, kiedyś tak, ale to było jak byłem mały i przegrywałem walki – opowiada Damian Janikowski, zapaśnik Śląska Wrocław.

Szum medialny wokół Ciebie wciąż trwa? Służy Ci to?

DAMIAN JANIKOWSKI: – Wciąż trwa. Można powiedzieć, że jestem rozchwytywany, jak nie radio, to gazeta. Generalnie mało śpię po powrocie z Londynu, bo ciągle coś się dzieje, ciągle w podróży. Jak nie Warszawa, to znowu Festiwal Sportu nad morzem. Ale to dobrze, muszę wykorzystać swoje pięć minut i może coś się w końcu ruszy.

Mówisz o sponsorach?

– Tak. Szczerze mówiąc, to już się zaczęli zgłaszać. Mam menedżera, który z nimi rozmawia. Może coś z tego wyniknie.

Wróćmy do Londynu. Jechałeś tam jako poważny kandydat do medalu. Czułeś tę dodatkową presję?

– Sporo ludzi twierdziło, że jestem faworytem. Ja się tym nie przejmowałem. Niech sobie mówią, a ja muszę zrobić swoje. Jednym uchem wpuszczałem, drugim wypuszczałem. Nie myślałem tak o sobie i może dlatego nie czułem tej presji. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że jak nie przywiozę medalu, to mogą mnie gdzieś później obsmarować, że był pewniakiem, a nie dał rady.

Stres przed zawodami olimpijskimi i takimi na mistrzostwach świata, czy Europy jest porównywalny? Czy igrzyska to zupełnie inna bajka?

– Ja te zawody traktowałem, tak jak każde inne, chociaż pojawiała się myśl, że przecież w igrzyskach startuje się raz na cztery lata. Tak samo jest z medalem. Jest jak każdy inny, tylko, że trochę droższy. Nawet nie ma swojego specjalnego miejsca w domu, tylko leży ze wszystkimi innymi.

Ale jak już go odebrałeś, to się wzruszyłeś i to bardzo.

– Rzeczywiście. Od razu mówię, ja na co dzień nie płaczę. Owszem, jak byłem mały i przegrałem walkę to płakałem z nerwów, że ktoś mnie pokonał, ale to już minęło. W Londynie zdałem sobie sprawę, że na ten brązowy krążek ciężko pracowałem przez ostatnie 12 lat, że teraz ten medal może mi bardzo pomóc i bardzo dużo dać, chyba stąd te łzy.


Można jakoś porównać walkę półfinałową i walkę o brązowy krążek, właśnie pod względem stresu, napięcia?

– Cały stres zostawiam poza matą. Jak już walczę, to przestaje się denerwować. Dla mnie bardziej stresująca była walka o brązowy medal. A to dlatego, że gdybym przegrał zostałbym z niczym, a dla mnie najgorsze byłoby trzecie, czwarte lub piąte miejsce.

Trener Ryszard Wolny nie potłukł się jak nim rzuciłeś o ziemię ze szczęścia, po wygranej walce?

– Trener tyle lat trenował, że pewnie lądował na ziemi dużo więcej razy niż ja. Jest do tego przyzwyczajony i nic mu się nie stało.

Impreza na Twoją cześć w Londynie była?

– Przyjechało do mnie pięciu kolegów z Wrocławia i razem delikatnie świętowaliśmy. Po powrocie też mieliśmy takie miłe spotkanie w klubie.

Myślisz, że Twój medal może być początkiem powrotu do dawnej świetności polskich zapasów?

– Gdybym zdobył złoto to może tak. Szesnaście lat temu moi trenerzy stawali na najwyższym stopniu podium. W sumie z Atlanty przywieźliśmy 5 medali, z czego trzy złote. Myślę jednak, że mój sukces świadczy o tym, że coś się ruszyło, w naszej dyscyplinie. Może na następne igrzyska pojedzie więcej zapaśników i uda się zdobyć więcej krążków. Ja się też cieszę, bo jestem pierwszym rodowitym wrocławianinem, wychowankiem Śląska, który stanął na podium igrzysk olimpijskich w zapasach.

Trenerzy, którzy sami wygrywali igrzyska, to chyba najlepsza szkoła?

– To fakt, ale z drugiej strony dzisiaj są już zupełnie inne zapasy, niż te które były przed kilkunastoma laty. Zmieniają się przepisy, bardzo wyrównuje się poziom na świecie, jest trudniej nie tylko być zawodnikiem, ale i trenerem. Każdy szkoleniowiec sam musi być na bieżąco z tym co się dzieje i sam też musi się uczyć.

Wracając jeszcze do olimpijskiego tematu, to byłeś na rozpoczęciu, albo zakończeniu igrzysk? Jak w ogóle atmosfera tej imprezy, sam Londyn?

– Nie byłem ani na otwarciu, ani na zakończeniu, ale zostałem do końca. Można powiedzieć, że miałem swoje zamknięcie igrzysk, bo koledzy zaprosili mnie na koncert. Jeżeli chodzi o same warunki dla sportowców, to nigdy wcześniej nie byłem na takiej imprezie i ciężko jest mi porównać. Jak dla mnie wszystko było super zorganizowane.


Rodzina wspierała podczas igrzysk i w ogóle całej dotychczasowej kariery?

– Jasne. Mama zawsze się cieszyła, że robię coś więcej, że jest sport. Najbardziej to, że jestem zapaśnikiem przeżywała babcia. Raczej nie była zachwycona kiedy wracałem do domu z siniakami, podbitym okiem, albo kiedy miałem coś rozciętego.

Ale po zdobyciu medalu babci też dziękowałeś. Została wiernym kibicem?

– Tak, chociaż wydaje mi się, że nie do końca świadomym. Wiedziała, że jadę na zawody, ale nie do końca na jakie. Co prawda jak ostatnio u niej byłem to mnie ściskała, gratulowała i mówiła, że wymodliła dla mnie ten medal.

Dlaczego akurat zapasy?

– Mój kuzyn Mariusz Bielecki był kiedyś na zajęciach prowadzonych przez naszego pierwszego trenera Leszka Użałowicza. Po miesiącu zajęć zaproponował mi, żebym też się zapisał. Byłem zachwycony, bo mogłem się wyszaleć do woli. Już nie musiałem bić nikogo na podwórku, czyli rozładowywałem energię w inny sposób.

Nie musiałem nikogo bić, czyli zdarzało się komuś przyłożyć?

– Oczywiście, że tak. Byłem bardzo ruchliwym dzieciakiem i od małego nie pozwalałem sobie w kaszę dmuchać. A jak ktoś próbował, to z reguły źle się to dla niego kończyło. Tak właśnie było. Przyszedłem jako dzieciak na tę salę i jestem tu do dziś.

Na sali, która standardem mocno odbiega od ideału.

– Nie da się ukryć. Luksusów nie mamy i to nawet nie chodzi już o nas, ale o dzieciaki, które chciałyby zacząć trenować zapasy. Wiadomo, że kiedy rodzice zobaczą rozpadającą się salę, z grzybem na ścianie, a zimą z temperaturą nieco wyższą od tej na zewnątrz, raczej nie pozwolą swojemu dziecku trenować w takich warunkach.

Myślisz, że po Twoim medalu jest szansa, że coś się zmieni?

– Chciałbym, ale szczerze mówiąc już na nic nie liczę. Pieniędzy w obiekt nie ma co wkładać, bo wszystko wystawione jest na przetarg i jak pójdzie pod młotek, to sali zapaśniczej nie będzie.


Sala, salą, a jak Twoja kondycja. Kontuzje omijają Cię szerokim łukiem?

– Całe szczęście tak. Oczywiście miałem problemy z kolanami, kręgosłupem czy barkami, ale całe szczęście przerwy w treningu wystarczały i wszystko wracało do normy.

A zdarzają się sytuacje na macie, kiedy zawodnik specjalnie chce drugiemu zrobić krzywdę, albo jakoś go wkurzyć?

– Oczywiście, chyba w każdej dyscyplinie tak jest. Całe szczęście zawodnicy, którzy nie grają czysto, są w mniejszości.

Te nieczyste zagrywki to?

– Zdarzają się uderzenia z głowy czy z barku. Jak sędzia nie widzi, to czasami potrafią wkładać palce do oczu. To praktyki głównie starszych, bardziej doświadczonych zapaśników.

Zapasy to sport, w którym są kategorie wagowe. Trzymasz jakąś specjalną dietę?

– Na co dzień nie muszę się przejmować tym co jem. Mam ciężkie treningi, podczas których spalam wszystko. Przed zawodami przechodzę na dietę. Ograniczam jedzenie, posiłki składają się przede wszystkim z gotowanych rzeczy, przyjmuję dużo płynów. Tak w tydzień można schudnąć z 6,7 kilo.

To chyba nie do końca zdrowe?

– Jesteśmy do tego przyzwyczajeni i wiemy, jak to robić, żeby sobie nie zaszkodzić. Najlepsze jest to, że już tydzień po zawodach wracamy do swojej wagi wyjściowej. Taki efekt jojo.

Twoje życie teraz to tylko zapasy?

– Tylko na to starcza mi czasu. Biegam między domem i klubem. No i są jeszcze sporty dodatkowe. Jestem fanem wakebordingu, do tego, żeby polepszyć swoją technikę chodzę na zajęcia z ju-jitsu, czy muay thai. Zimą dochodzi jazda na desce. Poza tym lubię też rower no i motory, ale przed igrzyskami z tym ostatnim dałem sobie spokój.

A MMA? Pojawiło się plotki, że będziesz walczył?

– Jestem zapaśnikiem i przy zapasach zostaję. Na MMA czy KSW przyjdzie jeszcze czas. Póki co, chcę się rozwijać i zdobywać medale w dyscyplinie, którą trenuje.

Teraz wakacje?

– Nie. W tym roku nie mam wakacji. Tak jak mówiłem, trochę mnie teraz rozchwytują, więc jeżdżę na różne imprezy, spotkania, wywiady. Niedługo będzie wrzesień, a wtedy rozpoczyna się rywalizacja w lidze niemieckiej. Jestem tam wypożyczony i co tydzień muszę latać na walkę. Tak że na wypoczynek nie mogę sobie na razie pozwolić.

Rozmawiała
ALEKSANDRA SZUMSKA

Damian Janikowski

Ur.: 27.06.1989 r.

Wzrost: 180 cm

Waga: 84 kg

Klub: WKS Śląsk Wrocław

Trener klubowy: Józef Tracz

Największe osiągnięcia: brązowy medal IO Londyn 2012, srebrny medal MŚ Istambuł 2011, Srebrny medal ME Belgrad 2012

Mamy brąz!

W końcu jest..

Srebrny Janikowski

Damian Janikowski (Śląsk Wrocław) zdobył w Belgradzie srebrny medal zapaśniczych mistrzostw Europy w stylu klasycznym w wadze 84 kg. W finale 84 kg Janikowski, wicemistrz świata z ubiegłego roku, przegrał z Bułgarem Christo Marinowem w rundach 0:2.

Śląsk mistrzem Polski!

GOKiS Tygrysy Kąty Wrocławskie-WKS Śląsk zdobył tytuł zapaśniczych mistrzów Polski w stylu klasycznym.

Mistrzostwo tuż tuż

Zapaśnicy GOKiS Tygrysów Kąty Wrocławskie-WKS Śląsk są na ostatniej prostej do zdobycia Drużynowego Mistrzostwa Polski. W pierwszym meczu finałowym pokonali Unię Racibórz.

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij