Rozmowa z Bartoszem Huzarskim – byłym kolarzem zawodowym, założycielem Huzar Bike Academy

Aleksandra Szumska, poniedziałek, 16 października 2017

Odkąd skończył się ścigać w zeszłym sezonie, wciąż jest o nim głośno. Obecnie Bartosz Huzarski – były kolarz zawodowy z Sobótki – ma chyba jeszcze więcej zajęć niż za czasów ścigania. „Słowu Sportowemu” opowiada o wyjeździe w Himalaje, rozwoju Huzar Bike Academy i swoich startach na MTB w minionym sezonie.

avatar
Rower, Himalaje... Kto by nie chciał jechać? Od razu się zgodziłem (fot. archiwum B. Huzarski)

Jak znalazłeś się w Himalajach?

BARTOSZ HUZARSKI: – W zeszłym roku podpisałem kontrakt z WeLoveCycling, ze Skodą. Mieliśmy kręcić filmiki propagujące kolarstwo z udziałem moim i dzieci z HBA. W tym roku zgłosili się do mnie ludzie z centrali Skody z Poznania. Powiedzieli, że jest taki projekt, wyjazd w Himalaje. Zapytali, czy chcę jechać. To były wszystkie informacje, po których miałem podjąć decyzję. Rower, Himalaje… Kto by nie chciał jechać? Od razu się zgodziłem. Później to zaczynało wyglądać coraz groźniej i nieco bardziej stresująco, bo organizatorom wyjazdu bardzo zależało na tym, żeby wszystko się udało. Poza mną do Indii pojechała trójka zawodników, blogerów, miłośników kolarstwa z różnych stron Europy.

I co Wy w tych Himalajach robiliście?

– Póki co nie mogę zdradzić sedna naszego wyjazdu. Efekty naszych działań będą widoczne od 1 grudnia, czyli od momentu publikacji materiałów, które tam zrobiliśmy. Ogólnie mówiąc, byliśmy tam po to, żeby pojeździć na rowerach, nagrać mnóstwo materiałów reklamowych i filmów do WeLoveCycling. Filmy kręciliśmy nawet na najwyżej położonej przełęczy, na którą można wjechać rowerem czy autem. Ta przełęcz nazywa się Khardung La i położona jest na wysokości 5360 m n.p.m., i my na nią wjeżdżaliśmy na rowerach, przy okazji kręcąc reklamy poszczególnych modeli Skody. Generalnie wyjazd był niesamowicie ciekawy. Świetnie było to wszystko zobaczyć. Wpadł mi nawet pomysł do głowy, żeby zorganizować tam jakiś wyjazd turystyczno-rowerowy. Zobaczymy, czy to się uda, bo z pewnością byłoby to przedsięwzięcie bardzo skomplikowane pod względem logistycznym, a także takim, że ludzie muszą się zaadoptować do wysokości. My mieszkaliśmy na ponad 3000 m wysokości n.p.m.

No właśnie. Jak się do tego przygotowywałeś? Bo nie sądzę, że z marszu można pojechać na taką wysokość i jeszcze jeździć tam na rowerze.

– Tak jak mówiłem, organizatorom bardzo zależało na tym, żeby wszystko, co zaplanowali się udało. W związku z tym mocno postawili i mocno zainwestowali w nasze przygotowania. Każdy z uczestników miał w domu namiot hipoksyjny, w którym spał już na trzy tygodnie przed wyjazdem. Namiot ten jest w komplecie z generatorem, który wtłacza powietrze z obniżoną zawartością tlenu, tym samym imitując warunki wysokogórskie. Nasz układ oddechowy był więc przygotowany na Himalaje. Nie była natomiast gotowa głowa na ciśnienie, które tam panuje. Aspiryna i polopiryna pozwoliły przetrwać te pierwsze dni i później było już dobrze. Trzeba było już tylko ruchowo zaadaptować się do tamtejszych warunków. Jak spokojnie się szło, to było OK, ale jak człowiek chciał np. wbiec po schodach, to brakowało powietrza. Dlatego pierwsze dwa dni tylko chodziliśmy po mieście. Później na spokojnie zaczęliśmy jeździć na rowerze.

Gdzie dokładnie byliście?

– To był rejon Indii, który nazywa się Ladakh, prawie sam Tybet. Jest to strefa wojskowa, więc mieliśmy bardzo dużo kontroli paszportowych. Oczywiście na wjazd na wszystkie góry wymagane jest pozwolenie. Ze względu na to, że to już okolice Pakistanu i Chin, wszędzie było mnóstwo wojska, ale trzeba przyznać, że to wojsko jest tam przyjazne i dobrze nastawione do ludzi, a przede wszystkim bardzo pomocne. Wojsko tutaj buduje drogi, wozi dzieci do szkoły, robi za autobusy.

A jak Indie?

– Świetnie. Co ważne pogoda nam się zdecydowanie udała. Był tylko jeden dzień, że na górze padał śnieg, a na dole deszcz. Poza tym było pięknie. Nieco przerażał mnie chaos na drogach. To męczyło mnie najbardziej, każdy się wpychał, trąbił. Nie lubiłem nawet na to patrzeć jak np. wieczorem wracaliśmy autem ze zdjęć. Jeśli chodzi o dietę, to przez pierwsze dwa dni bałem się jeść cokolwiek lokalnego. Zostałem przy ryżu na zmianę z miodem lub dżemem. Natomiast jak widziałem, że pozostali z naszej ekipy jedzą hotelowe jedzenie i nic im nie jest, to po trzech dniach też zaryzykowałem i się opłaciło. Mieliśmy bardzo dobry hotel i jedzenie też było pyszne. Indyjskie, ale przygotowywane pod podniebienia Europejczyków, czyli nie tak ostre. Jak już się dowiedziałam, że ktoś z naszej ekipy pił wodę z kranu i nic mu nie było, to byłem pewien, że będzie dobrze.

Himalaje to jedna sprawa, ale w Twoim życiu jest tyle tematów, że chyba jesteś bardziej zajętym człowiekiem niż za czasów ścigania.


– Kiedyś był trening, odpoczynek i rodzina. Teraz mam faktycznie sporo „na głowie”. Wszystko jednak jest ze sobą powiązane i daje możliwość rozwoju mojego, jak i mojej akademii, jak chociażby komentowanie wyścigów w TVP. To była świetna przygoda, zwłaszcza podczas Tour de Pologne. Raz, że miałem kontakt z zawodowym peletonem, dwa – obejrzałem cały wyścig w telewizji, co mi się nigdy w życiu nie zdarzyło (śmiech). Trzecia sprawa, że był bardzo fajny oddźwięk po tym moim komentowaniu. Ludziom się ponoć podobało, także ze strony telewizji wszyscy są zadowoleni, bo brakowało im eksperta z dziedziny kolarstwa, a ja się w to wszystko dobrze wpasowałem. Z tego co wiem, w przyszłym roku mamy kontynuować współpracę.


Akademie, i dziecięca, i ta dla dorosłych, chyba też mają się dobrze?

– Tak. W tej dziecięcej mamy ok. 35 zawodników. Zaczynamy kolejne dwa pogramy pilotażowe w nowych szkołach. Chcemy pozyskać kolejne dzieciaki. W sumie chcielibyśmy mieć pod swoimi skrzydłami ok. 50 młodych kolarzy. Obecnie brakuje nam dzieciaków w niektórych rocznikach. Mamy środki na ich szkolenie, bo ostatnio otrzymaliśmy 100 tys. zł od Oshee i Lotto, za „Odlotową jazdę”. Dobrze to wszystko idzie. Kiedy zaczęliśmy budowanie akademii, w klubie Ślęża Sobótka było dwóch, może trzech zawodników. W tym roku po trzech latach działalności wygrywamy Challange Dolnośląski. Nasi zawodnicy świetnie się rozwijają i wygrywają naprawdę dużo wyścigów. Jestem z tego bardzo dumny, bo naprawdę widać efekty. Zadowoleni są też trenerzy, że tak się to toczy.

Ilu w sumie tych trenerów jest?

– Tak na stałe są to trzy osoby. W tym roku doszła do nas kolejna. W przyszłym roku planuję zatrudnić kolejnego trenera, no i jestem ja i Przemek Bednarek. W sumie siedem osób. Staram się, żeby do każdego rocznika przyporządkowanych było dwóch trenerów. Co miesiąc mamy w klubie spotkania podczas których ustalamy plan treningowy, plan wyścigowy. Od środka mamy z tym wszystkim naprawdę mnóstwo pracy, ale to praca bardzo przyjemna i co najważniejsze, widać jej efekty. Ważne jest też to, że trzymamy się zasady, że zajęcia u nas są bezpłatne. Dzieci nie tylko nie płacą za szkolenie, ale także za sprzęt. Dostają od nas: rowery, kaski, stroje. Oczywiście jeśli ktoś chce sobie kupić coś ekstra, nie ma problemu, ale te podstawowe rzeczy dostanie od nas. Tak było do 70 lat w klubie Ślęża Sobótka i tak będzie.

Co z akademią dla dorosłych?
– Powiem szczerze, że podchodzimy do niej bardzo na luzie. Jest grupa osób bardzo zaangażowanych, zarówno w treningi, jak i wyścigi. Są panie i panowie, którzy ciężko trenują, bazują na naszych planach treningowych, startują co weekend. Jest też grupa ludzi, która po prostu chce z nami być, być w naszym środowisku, czasem się coś podpytać, pojechać z nami na trening. My nie mamy żadnego parcia na wynik. Bardziej robimy to dla wspólnej zabawy, dobrego spędzenia czasu, wspólnych wyjazdów na trening czy na zgrupowania. W tym roku parę osób odchodzi, ale przychodzą nowi.

Trzeba się do niej jakoś zapisać?

 
– Trzeba się zgłosić do mnie. Podstawą jest rozmowa. Każdy musi wiedzieć, czego druga strona od niego oczekuje. Prawda taka, że nie ma zbyt wiele miejsc w akademii, bo na dobrą sprawę ja ją właściwie prowadzę sam na bazie swoich doświadczeń, szkół treningowych, przez jakie przechodziłem. Wciąż zresztą staram się testować jakieś nowe rozwiązania treningowe. W związku z tym, że czuwam nad tym wszystkim sam, nie mogę mieć pod swoją opieką zbyt dużej liczby osób. Postanowiliśmy wiec od przyszłego sezonu wprowadzić też nowe rozwiązanie. Jedynie za opłatę wpisową można należeć do naszej grupy, pojechać z nami na trening, ale taka osoba nie będzie otrzymywać od nas planów treningowych.

W ilu wyścigach w tym roku wystartowałeś?

– W niewielu. Miałem bardziej ambitny plan, ale musiałem go zmienić. Raz, że trochę środowisko nie mogło tego przetrawić, że się ścigam na rowerze z nimi, a przecież jeszcze rok temu startowałem w Tour de France. Zrezygnowałem więc z wielu wyścigów szosowych. Szkoda, bo dla mnie w tym sezonie szosa w ogóle nie była jakimś wielkim celem. Stawałem czasem na starcie i wiedziałem, że muszę wyścig przegrać, żeby nie było dymu i to wcale nie było fajne. Zresztą sam sobie zdawałem sprawę, że ktoś, kto w zeszłym sezonie ścigał się w zawodowym peletonie, nie może rywalizować z amatorami. Hejt, który mnie spotkał, nie był więc potrzebny, bo wcale nie chciałem wygrywać (śmiech). Nie mówię jednak, że wszyscy tak negatywnie reagowali. Było też sporo osób, które cieszyły się, że jadę z nimi w peletonie. Zupełnie inaczej było natomiast w MTB. Tam się nie oszczędzałem i nie miałem skrupułów. Zawsze walczyłem, dawałem z siebie wszystko i zawsze patrzyłem na czołówkę, z którą przegrywałem i to grubo, bo nawet o 10 minut. Przyjeżdżałem ok. 15 miejsca w generalce, ale zdarzało mi się, że wygrałem kategorię M-3. Jakby ktoś pytał, profesjonalistą, w tej dziedzinie absolutnie się nie czuję. Bo jaki ze mnie profesjonalista skoro na wyścigu u Mai Włoszczowskiej z każdego zjazdu sprowadzałem rower, a obok mnie Jolanda Neff przelatywała, nie używając hamulców. Nie ukrywam, że bardzo mi się spodobało MTB. Już nie mogę się doczekać przyszłego sezonu. Mam nadzieję, że będę miał więcej czasu, żeby trenować.

Rozmawiała
ALEKSANDRA SZUMSKA


źródło: własne


Proste pytanie: 6 + 5 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.