Rozmowa z Adrianem Mroczkiem-Truskowskim, kapitanem Śląska Wrocław

Maciej Szumski, poniedziałek, 6 maja 2013

Z powodu kontuzji opuścił niemal 2 miesiące sezonu. Według oficjalnych komunikatów nie miał też grać w środę w półfinałowym meczu nr 5 przeciwko Sidenowi. Ku zaskoczeniu gości Mroczek pojawił się jednak na parkiecie. – Wiedziałem,
że zagram w tym meczu. To był element zaskoczenia – wyjaśnia Adrian, który po przerwie wraca do pełni sił. – Wciąż czuję ból, ale nie mogło mnie zabraknąć w najważniejszym meczu – dodaje.

avatar

28-letni Adrian Mroczek-Truskowski w koszykówkę grał na różnych szczeblach. Od ekstraligi po II ligę. Jest wychowankiem Śląska i właśnie jako kapitan Trójkolorowych bliski jest awansu do TBL. W tym sezonie zdobywa średnio 8 punktów na mecz. Jeden z najlepszych występów odnotował w grudniu 2012 roku, gdy Śląsk grał w rozgrywkach zasadniczych z MOSiR-em Krosno – tym samym, z którym teraz będzie walczyć o awans do TBL. Wówczas Mroczek zdobył 19 punktów, trafiając aż 6/8 za 3 punkty.
Czułeś się bezsilny, oglądając półfinałowe mecze w Toruniu, które Śląsk przegrał? Byłeś kontuzjowany i nie mogłeś pomóc.
ADRIAN MROCZEK-TRUSKOWSKI: – To była męka! Nie pojechałem do Torunia, bo miałem rehabilitację we Wrocławiu. Nie mogłem pomóc, nawet nie mogłem pokrzykiwać z ławki rezerwowych. Nie lubię takich chwil. Ale jak zespół wrócił z Torunia, to powymienialiśmy się swoimi uwagami na temat naszej gry i chyba wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski, bo w meczu nr 5 funkcjonowaliśmy jak należy. Właśnie tak to powinno wyglądać w play-off! Trzeba grać na pełnej intensywności. Piłka może nie wpadać, ale zawsze trzeba walczyć.
Przed 5. meczem półfinałowym z Sidenem Twój występ stał pod znakiem zapytania. Jednak zagrałeś po blisko 2-miesięcznej przerwie…
– Robiliśmy w klubie co tylko się da, żebym mógł zagrać tego dnia. Bardzo mi na tym zależało. Trener zapytał, czy mimo że nie jestem gotów w stu proc., dam radę zagrać. Bez sekundy zastanowienia odpowiedziałem, że tak. Nie mogłem przegapić meczu, który decydował o awansie do finału i losach projektu, którego celem jest powrót do ekstraklasy. Reakcja i doping kibiców, jak wszedłem na rozgrzewkę w środę, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja. Natomiast trzymaliśmy decyzję o mojej grze w tajemnicy do ostatniej chwili, żeby wykorzystać pewien element zaskoczenia wobec rywali.
W swojej pierwszej akcji trafiłeś za 3...
– Każdy zawodnik powie, że jak wpada pierwszy oddany rzut, to gra się znacznie łatwiej. Taki rzut w pierwszej akcji był mi potrzebny po tej 2-miesięcznej przerwie od grania. Po reakcji kolegów widziałem, że dla nich też było to ważne. Cieszyli się razem ze mną.
Gdy doznałeś kontuzji, kończył się sezon zasadniczy, a według oficjalnych komunikatów miałeś być gotów już na ćwierćfinały. Wszystko się jednak przedłużyło. Dlaczego?
– Doznałem urazu ścięgna piszczelowego. Istniała groźba zabiegu, jednak z grupą lekarzy ustaliliśmy, że damy czas tej nodze. W przerwie między sezonem zasadniczym a play-offami faktycznie wydawało nam się, że wrócę do gry w ciągu tygodnia. Wszystko się przedłużyło. Czasami lepiej dłużej poczekać, niż się spieszyć. Teraz już trenuję i wracam do sił. Dobrze, że obyło się bez zabiegu i że z niczym się nie spieszyliśmy.
Teraz jesteś już gotowy do gry w stu proc.?
– Niestety, jeszcze nie. Wciąż czuję ból, kondycyjnie też jestem słabszy. Każdy sportowiec powie, że 2-miesięczna przerwa podczas sezonu to bardzo dużo. Nie da się oszukać organizmu, wejść z marszu i grać tak samo jak przed kontuzją. Na wszystko potrzeba czasu. Ale na pewno jest coraz lepiej.
W finale gracie z MOSiR-em Krosno. Niektórzy są zaskoczeni, że to akurat ten zespół będzie waszym rywalem o mistrzostwo. Też nie spodziewałeś się takiego obrotu spraw?
– Dla kibiców, którzy nie śledzą na co dzień I ligi, to może być zaskoczenie. Ja od początku mówiłem, że Krosno będzie jedną z groźniejszych ekip w lidze. Tam są osoby, które się uzupełniają i uwielbiają ze sobą grać. A to bardzo ważne. Ich awans do finału nie jest dla mnie zaskoczeniem.
Pamiętasz grudniowy mecz przeciwko MOSiR-owi podczas rozgrywek zasadniczych? Trafiłeś 6 rzutów za 3. Miałeś swój dzień, czy ten rywal po prostu Ci leży?
– Gdy wpadły mi pierwsze dwa rzuty, to koledzy grali na mnie, licząc na to, że się wstrzeliłem. No i faktycznie tak było. Mecz wygraliśmy, a ja trafiłem 6 razy z dystansu – miły dzień (śmiech). Poza tym kiedyś grałem w Krośnie, więc tym bardziej się cieszyłem, że mogłem się zaprezentować przed nimi jako skuteczny zawodnik.
Pytam o to każdego z koszykarzy Śląska, więc teraz kolej na Ciebie. Zapracowałeś swoją postawą w tym sezonie na kontrakt z klubem już po awansie?
– To pytanie nie jest do mnie, a do prezesów. Ale gdybyś zadał pytanie: „czy chciałbyś grać w Śląsku w następnym sezonie?”, odpowiedziałbym: jasne, że tak! To moje miasto, mój klub, moi kibice. Jestem wychowankiem Śląska, awansowałem z nim do I ligi, mam nadzieję, że lada dzień zrobimy kolejny awans i chcę grać w ekstraklasie. A czy prezesi będą chcieli, żebym wciąż stanowił element tej układanki? To się okaże.
W lutym brałeś udział w akcji charytatywnej „wylicytuj sportowca”. Doszło do spotkania z osobą, która za spotkanie z Tobą zapłaciła najwięcej?
– Akcja została zakończona, ale osoba, która wylicytowała to spotkanie, nie zgłosiła się do klubu, żeby umówić się na randkę. Ale najważniejsze, że wsparła akcję charytatywną. O to przecież chodziło przede wszystkim. Wszyscy sportowcy, którzy brali w tym udział, zebrali ok. 2 tys. zł. To niezły wynik jak na pierwszy raz. Może jeśli powtórzymy tę akcję, za rok będzie jeszcze lepiej.

Rozmawiał
Aleksander Łoś



źródło: brak danych


Proste pytanie: 10 + 4 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
Sonda
Mundial 2018 w Rosji: Czy Polska wyjdzie z grupy??