Przychodzimy w blasku fleszy, odchodzimy po cichu

Monika Pelc, poniedziałek, 12 września 2016

Janusz Kudyba nie jest już pracownikiem Miedzi Legnica! – Po trzech latach pracy znalazłem się na przedłużonych wakacjach. Ale jestem człowiekiem, który nie lubi odpoczywać zbyt długo. Oczywiście odpoczynek ma swoje jak najlepsze strony. Jak człowiek odpocznie, nabiera trochę dystansu do tego co robi i inaczej, że świeżym umysłem zabiera się za nowe zadania – mówi były dyrektor Akademii Piłkarskiej i trener pierwszego zespołu klubu znad Kaczawy.

avatar
Fot. B. Hamanowicz - Janusz Kudyba po trzech latach spędzonych w Miedzi Legnica zamierza szukać nowych piłkarskich wyzwań

Zgodzi się Pan jednak, że ten odpoczynek nie był przez Pana planowany?
Janusz KUDYBA: – To nie była nagła sytuacja. Symptomy były widoczne już od pewnego czasu. Był czas się przyzwyczaić. Ale pracując w sporcie, trzeba się z tym liczyć i zawsze szukać korzyści. Spędziłem kilka lat jako dyrektor w prężnej firmie i muszę przyznać, że poszerzyły mi się dzięki temu horyzonty. To było dla mnie coś zupełnie nowego, bo nigdy wcześniej nie byłem działaczem w klubie sportowym. Wywodzę się z boiska, przez wiele lat byłem zawodnikiem, później trenerem, a dzięki Miedzi mogłem spróbować jeszcze czegoś innego. Pracowałem z ludźmi, którzy też sporo wnieśli do mojego życia, i nie mogę uważać czasu przepracowanego w Miedzi za stracony. To ogromna korzyść.
Tylko co się stało, że drogi Pańskie i Miedzi się rozeszły?
– Przede wszystkim skończyła mi się umowa. A zbiegło się to w czasie z tym, że właściciel klubu przyjął inną politykę prowadzenia Akademii Piłkarskiej. Przyszedł Marek Śledź, ma swoją wizję i filozofię pracy z młodzieżą. Nie mam jednak żalu. Rozstaliśmy się w pełnej zgodzie.
Ale bardzo po cichu…
– Tak to już jest w sporcie. Nauczyłem się tego już jako trener. Ludzie przychodzą w blasku fleszy, a odchodzą po cichu. Jestem do tego przyzwyczajony.
Nie było opcji, by został Pan w Miedzi w innym charakterze?
– Były, ale nie chciałem z nich korzystać. Nowy dyrektor Akademii Piłkarskiej Miedzi Marek Śledź ma inny, co nie znaczy, że gorszy, styl pracy od mojego. To dwie różne filozofie, które trudno byłoby połączyć.
Jakieś przykłady tych różnic?
– Marek Śledź pracował wcześniej w Lechu Poznań, gdzie dysponował dużym budżetem i możliwościami. Sama marka Lecha dawała mu ogromne możliwości i łatwość docierania do najzdolniejszych zawodników w kraju. Moja przeszłość dyrektorska wyglądała zgoła inaczej. Wspólnie z najbliższymi współpracownikami tworzyliśmy Akademię Piłkarską Miedzi od samych fundamentów i na pewno były to inne okoliczności od tych, które znane są Markowi. Ja znam też piłkę bardziej z perspektywy byłego zawodowego piłkarza. Z kolei Marek Śledź opiera swoją pracę o dużą wiedzę teoretyczną. Jak już mówiłem, nie znaczy to, że jego podejście jest gorsze. Po prostu jest inne. A jakie będą tego efekty? Dajmy mu spokojnie popracować.
Nigdy nie był Pan piłkarzem Miedzi, ale i tak jest to klub, w którym spędził Pan kawał życia…
– No tak, w sumie będzie tego 5,5 roku, bo jeszcze zanim klub przejął Andrzej Dadełło, pracowałem tu jako trener przez 2,5 roku. Później byłem dyrektorem Akademii przez ponad 2 lata i przez 9 miesięcy prowadziłem pierwszy zespół z ławki trenerskiej. Śmiałem się, że w tym ostatnim przypadku ciąża została donoszona. Ale tak poważnie, to kawał mojego życia i zawsze będę miło wspominał ten czas.
Ile było prawdy w tym, że mógł Pan prowadzić pierwszy zespół dłużej niż 9 miesięcy, ale nie chciał Pan?
– Tak było. Skończył się sezon, ale mój kontrakt był ważny jeszcze przez rok. Spotkaliśmy się jednak z szefem, by porozmawiać o naszych wizjach dalszej pracy. Były to trochę inne wizje. A, że pan Andrzej Dadełło jest właścicielem klubu, miał prawo poprowadzić sprawy po swojemu. Doszliśmy więc do porozumienia, że zespół w kolejnych rozgrywkach poprowadzi ktoś inny, a ja wrócę do Akademii Piłkarskiej. Wszystko odbyło się bardzo elastycznie. Ale to już dawno za nami, nie ma co do tego wracać.
A jaki wpływ na ostateczne rozstanie z Miedzią miała Pańska kandydatura na stanowisko prezesa OZPN Legnica?
– Nie wiem dokładnie, jaki, ale na pewno miała wpływ. W styczniu dyrektorem Miedzi został Marek Śledź, ja zostałem jego zastępcą. Już wtedy czułem, że nadchodzi pora poszukania sobie innych piłkarskich wyzwań. Tak zrodził się pomysł i ciekawa wizja pracy na rzecz Okręgowego Związku Piłki Nożnej.
Wybory nie poszły jednak po Pańskiej myśli…
– Uważam, że zbyt późno wystartowałem do tych wyborów. Dziś już wiem, że na kampanię wyborczą należy poświęcić zdecydowanie więcej czasu. W dodatku trafiłem na bardzo mocnego konkurenta, panią Marię Kajdan, która na stanowisku prezesa związku ma już ogromne doświadczenie. Niemniej nie traktuję udziału w wyborach jako wielkiej porażki. To kolejne cenne doświadczenie, które też otworzyło mi oczy na pewne sprawy. W finale byłem drugi (śmiech).
Przy czym kandydatów było tylko trzech, a Pan otrzymał zaledwie 15 głosów.
– Oczywiście, wygrana pani Marii Kajdan była zdecydowana. Ale nie postrzegam tego jako klęski czy kompromitacji, chociaż docierały do mnie takie opinie. Wiele razy w życiu przegrywałem mecze, ale wiele z nich również wygrałem. To był tylko kolejny mecz.
Kiedy kolejny mecz?
– Mam nadzieję, że już niebawem. Mam mnóstwo energii, a z piłką nożną jestem związany od dziecka. Nie jestem jeszcze w takim wieku, by myśleć o emeryturze. Mam wiele przemyśleń i mam nadzieję, że niebawem będę mógł wykorzystać je do pracy w nowym miejscu.
Planuje Pan wrócić do pracy trenerskiej?
– Były premier do końca życia będzie premierem. Tak samo jest z trenerami. To nie jest zajęcie tylko na chwilę, tylko na całe życie. Ale jak już mówiłem, dzięki Miedzi moje horyzonty się poszerzyły i mogę wrócić od futbolu zarówno jako trener, ale też jako działacz. Myślę, że właśnie w takich obszarach będę się poruszał.


Rozmawiał
ŁUKASZ HARAŹNY


źródło: brak danych


Proste pytanie: 7 + 2 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.