Pogoń przerwała świetną serię Śląska

Andrzej Czech, poniedziałek, 28 lipca 2014

W podłych humorach wracali ze Szczecina dwaj członkowie drużyny piłkarskiej Śląska o nazwisku Pawłowski. Trener – bo od kiedy objął Śląsk po Stanislavie Levym, nigdy nie przegrał tak wysoko. I bramkarz, który zaliczył fatalny występ zakończony w dodatku czerwoną kartką.

avatar

Piłkarze Śląska nie przegrali ostatnich dziesięciu spotkań i liczyli, że passa ta zostanie podtrzymana. Mało tego. Do meczu z Pogonią Śląsk przez 834 minuty nie stracił bramki po strzale piłkarza rywali. Ostatni raz uczynił to 4 kwietnia Marek Sokołowski z Podbeskidzia Bielsko-Biała. Potem samobójczego gola w ostatnim spotkaniu poprzedniego sezonu z Koroną Kielce zaliczył jeszcze Paweł Zieliński. Trener Tadeusz Pawłowski od chwili objęcia posady w Śląsku przegrał tylko raz, i to pechowo w Bydgoszczy z Zawiszą (7 wygranych, 6 remisów). Wszystko to w Szczecinie posypało się jak domek z kart. Śląsk przegrał 1:4.
A zaczęło się dobrze
W pierwszej połowie nic nie zapowiadało klęski wrocławian. Co prawda, częściej przy piłce byli zawodnicy gospodarzy, ale to właśnie Śląsk wyszedł na prowadzenie. Po kapitalnym, prostopadłym podaniu Sebastiana Mili Robert Pich „urwał się” obrońcom. Minął bramkarza Pogoni Radosława Janukiewicza i pewnie skierował piłkę do pustej bramki. Sam Słowak do tej pory był niespecjalnie widoczny, ale okazję wykorzystał po mistrzowsku. Bardzo dobrze natomiast grał Sebastian Mila, który precyzyjnie rozdzielał piłki do kolegów, a co najważniejsze czynił to bez wstrzymywania tempa gry. „Milowy” nie mógł mieć po spotkaniu zadowolonej miny. – To, że oddaliśmy mało cennych strzałów, nie ma znaczenia. Nic by się nie stało gdybyśmy oddali jeden strzał i wygrali 1:0. Pogoń wygrała, bo strzeliła więcej bramek, a futbol właśnie na tym polega. Czas pokaże, jaką jesteśmy drużyną. Myślę, że wyniki zweryfikują nasz potencjał. Mam nadzieję, że nie będziemy średniakiem, a trochę wyżej – mówił po spotkaniu były kapitan Śląska.
Wyprzedzony Dudu
Sytuacją, która dodała gospodarzom „wiatru w żagle”, był gol strzelony tuż przed przerwą przez Adama Frączczaka. Zawodnik Pogoni wyprzedził goniącego go Dudu, wyskoczył w powietrze i głową wykorzystał świetne dośrodkowanie Rafała Murawskiego. – Myślę, że o końcowym wyniku zaważyła właśnie ta sytuacja. Jesteśmy zbyt doświadczoną drużyną, żeby pozwalać sobie na chwilę dekoncentracji w takim momencie. Nieźle prezentowaliśmy się w pierwszej połowie, zdobyliśmy prowadzenie i za bardzo się rozluźniliśmy. Nie możemy jednak tak grać przed samym gwizdkiem – narzekał Lukasz Droppa. Czech jednak zapomniał wspomnieć, że cała akcja zaczęła się właśnie od niego, gdy w prosty sposób ograł go Murawski.
Dziurawa defensywa
Nie minął kwadrans drugiej części meczu, a Śląsk przegrywał już 1:3. Obie bramki padły w podobny sposób. Najpierw Łukasz Zwoliński ograł Rafała Grodzickiego i posłał piłkę w „długi” róg bramki Śląska. Kilka minut później to samo uczynił Takuya Murayama, który znów tuż przed nosem nieźle dotąd grającego Grodzickiego trafił do siatki. Trudno powiedzieć, czy przynajmniej jednego z tych strzałów nie mógł obronić Wojciech Pawłowski, ale to nie te sytuacje sprawiły, że wypożyczony z Udinese bramkarz długo będzie pamiętał to spotkanie.
Chciał grać jak Neuer
Po tym meczu nasuwa się jeden smutny wniosek. Niektórym piłkarzom powinno się zabronić oglądania spotkań drużyn najwyższej klasy. Wojciech Pawłowski oglądał mecze mistrzostw świata, zapatrzył się w Manuela Neuera i koniecznie chciał kopiować jego wyczyny na przedpolu swojej bramki, a nawet poza polem karnym. Ale że daleko mu do klasy bramkarza mistrzów świata, wyszła z tego parodia. Już w I połowie Pawłowski minął się z piłką i gdyby Maciej Dąbrowski spokojniej strzelał głową, gol dla Pogoni byłby nieuchronny. Jeszcze w tej samej części gry bramkarz Śląska wybiegł poza pole karne, został łatwo minięty przez Murawskiego, lecz na szczęście dla niego jego błąd w kapitalny sposób naprawił Mariusz Pawelec. Ale w drugiej połowie bramkarz Śląska przeszedł sam siebie. Wyskoczył poza pole karne z zamiarem wybicia piłki rękoma, przed szarżującym zawodnikiem gospodarzy. I nie jest w tym wypadku ważne, czy rzeczywiście dotknął futbolówki, czy też minęła ona jego rękę o milimetry. Czerwona kartka, jaką ujrzał, absolutnie mu się należała. Choćby za głupotę!
Najgorszy mecz
– Moim zdaniem nie dotknąłem piłki ręką. Wyszedłem poza pole karne, żeby wybić piłkę i się z nią minąłem, to wszystko. W ferworze walki mogłem jednak tego nie poczuć, więc z ostateczną decyzją poczekam, aż obejrzę powtórkę całego zajścia. Mam ogromny żal do siebie, bo zagrałem chyba najgorszy mecz w karierze. Nie przypominam sobie, żebym popełnił tyle błędów w jednym spotkaniu. Nie można się jednak załamywać, tylko z optymizmem patrzeć w przyszłość. Nie myli się tylko ten, co nic nie robi – kajał się tuż po spotkaniu bramkarz Śląska.
Kartonik, który ujrzał w Szczecinie, wyklucza go z udziału w następnym spotkaniu z bydgoskim Zawiszą, a jeśli Mariusz Pawełek zagra w nim dobrze, Pawłowski znów na dłużej może usiąść na ławce rezerwowych. – Muszę być dobrej myśli. Przez ostatnie pół roku udowodniłem, że zasługuję na koszulkę z numerem 1. Ciężko pracowałem na treningach i wierzę, że po jednym słabym meczu trener ze mnie nie zrezygnuje. A jeśli nawet, to przyjmę to po męsku i będę walczył o odzyskanie zaufania trenera. Po cichu liczę także, że klub odwoła się od tej czerwonej kartki i będę miał szansę na występ przeciwko Zawiszy – dodał Pawłowski.
Odczepcie się od Pawełka
Po wyczynie bramkarza Śląska trener Tadeusz Pawłowski musiał zdjąć z boiska jednego gracza i wprowadzić rezerwowego bramkarza. Pomiędzy słupki wszedł Mariusz Pawełek. Obronił strzał z rzutu wolnego, lecz wybił piłkę przed siebie i Wojciech Golla po raz czwarty trafił do siatki bramki Ślaska. Niektórzy komentatorzy mieli po tym spotkaniu pretensje do bramkarza. Niesłusznie! Musiał nagle, kompletnie nierozgrzany wejść do bramki, a mimo to obronił strzał zawodnika Pogoni. Popularne „pawełki” to w sobotę nie była jego domena, lecz kolegi z zespołu. A przy dobitce ważniejsze jest pytanie, gdzie byli obrońcy Śląska, skoro przed Pawełkiem znalazło się aż dwóch piłkarzy gospodarzy.
Facet w swetrze
Były w tym meczu także i inne komiczne postacie. Słabiutko grał Tom Hateley. – Popatrz! Ten facet założył sobie sweter pod koszulkę! – z rozbawieniem opisywał opływowe kształty angielskiego pomocnika jeden z komentatorów Canal +. – Ależ nie! Po prostu już wiemy, komu przekazał kilka miesięcy temu swoje zbędne kilogramy Sebastian Mila! – ze śmiechem ripostował drugi z komentatorów.
Faktycznie, Anglik figurą nie przypominał zawodowego piłkarza i trudno się dziwić, że po murawie poruszał się dostojnie, by nie rzec ociężale.
Zdominowali nas
– Duży wpływ na przebieg meczu miała stracona bramka tuż przed przerwą. Nie można w takim momencie tracić goli – wynik trzeba utrzymać, choćby się trawa zapaliła. Indywidualne błędy w drugiej połowie zdecydowały o naszej porażce. Najpierw Rafał Grodzicki dał się ograć, później dostaliśmy gola po krótkim rogu. Czwarta bramka to już konsekwencja czerwonej kartki Wojtka Pawłowskiego. Zasłużone zwycięstwo Pogoni, zdominowali nas, przebili wolą walki. Jedziemy do domu, pracujemy dalej, trzeba zapomnieć o tej porażce – podsumował spotkanie Tadeusz Pawłowski.
ANDRZEJ LEWANDOWSKI

 

POGOŃ SZCZECIN – ŚLĄSK WROCŁAW 4:1 (1:1)
Bramki: 0:1 Pich (39), 1:1 Frączczak (45), 2:1 Zwoliński (56), 3:1 Mura-
yama (59), 4:1 Golla (77). – 39. Pich. Czerwona kartka: Pawłowski (73). Żółte kartki: Mila, Droppa. Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa). Widzów: 7377
ŚLĄSK: Pawłowski – Celeban, Grodzicki, Pawelec, Dudu – Hateley (66 Hołota), Droppa – Zieliński (69 Machaj), Mila (74 Pawełek), Pich – F. Paixao
POGOŃ: Janukiewicz – Rudol, Dąbrowski, Golla, Lewandowski – Frączczak (80 Małecki), Hernani – Matras, Murawski, Murayama (85 Kun) – Zwoliński (76 Bąk)


źródło: brak danych


Proste pytanie: 8 + 1 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
advertisment