Podium Sypieniów w mistrzostwach Europy

Maciej Szumski, poniedziałek, 27 maja 2013

Tego chyba jeszcze nie grali! W mistrzostwach Europy w karate kyokushin zdarzało się już zdobywać medale Agnieszce Sypień oraz jej mężowi Sylwestrowi. Ale na tym samym czempionacie Starego Kontynentu wywalczyć krążki naszej multimedalistce i… jej synowi Patrykowi jeszcze się nie udało. Aż do mistrzostw, które pod koniec drugiej dekady rozegrane zostały na Ukrainie. To wyczyn zasługujący na umieszczenie w Księdze Guinnessa.

avatar

Srebrny krążek to z pewnością duże osiągnięcie, ale tym razem bardziej chyba ucieszył Cię medal brązowy Patryka.
Agnieszka Sypień: – To już 28 – tym razem srebrny – medal w mojej kolekcji, więc trudno o wielki entuzjazm (chociaż biorąc pod uwagę dość zaawansowany jak na czynnego sportowca wiek, kolejne podium cieszyć musi), dlatego szczególną satysfakcję dał mi krążek wywalczony przez Patryka. Brązowy, czyli taki, od jakiego zaczynaliśmy oboje z Sylwkiem. To wróży synowi jak najlepiej.
A była nawet szansa na pokonanie mistrza świata i medal z cenniejszego kruszcu.
– Rzeczywiście tak było. Patryk przegrał po dogrywce przez wskazanie, walka była bardzo wyrównana i podejrzewam, że w innych okolicznościach mógłby zostać zwycięzcą. Mocno przeżywałam pojedynek syna, stojąc w pobliżu maty (przy samej macie mógł być tylko jeden sekundant – Sylwek). I zamiast skupić się na przygotowaniach do swojej walki finałowej, rozemocjonowana dopingowałam Patryka.
Patryk, musiałeś zostać karateką, nie miałeś innego wyjścia?
– Patryk Sypień: Ależ miałem, tyle że świadomie wybrałem karate. To chyba zrozumiałe – wszak od małego towarzyszyłem rodzicom na treningach i zawodach. Oni zaś zostawili mi wolną rękę: gdybym chciał, mogłem np. grać w piłkę nożną. Początkowo podchodziłem do karate na luzie, z czasem jednak łyknąłem bakcyla i zostałem. I nie żałuję.
Czego zabrakło, by wywalczyć na Ukrainie jeszcze cenniejszy medal?
– Myślę, że odrobinę szczęścia w losowaniu, choć nie narzekam. Na drodze stanął mi zawodnik najwyższej klasy, który trzy tygodnie wcześniej zdobył mistrzostwo świata. Żeby z nim wygrać, musiałbym go znokautować. Tak to już jest nie tylko w naszej dyscyplinie, że liczy się nazwisko. Ja nie jestem postacią anonimową, ale rywal to najwyższa półka. Więc choć walka była wyrównana, nawet może z moją delikatną przewagą, musiałem przegrać.
Masz znacznie młodszego braciszka. Powinien zostać karateką?
– Mam nadzieję, że nim zostanie. Chyba nie ma wyjścia (śmiech). Postaram się pomagać w tym, by został dobrym sportowcem, może nawet kiedyś razem wystąpimy w jakiejś imprezie. Na pewno zgodzę się z nim posparować, tak jak teraz czynię to z tatą.
Agnieszka, po tylu sukcesach jeszcze Cię rajcują zwycięstwa, medale?
– Ciągłe zwycięstwa sprawiają mi frajdę, nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Dlatego ciągle odkładam moment zakończenia kariery.
Skoro uprawiają karate Agnieszka, Sylwester i Patryk Sypieniowie, a za chwilę być może kolejny przedstawiciel rodu, nie myśleliście, by zaproponować mistrzostwa… rodzin?
– To rzeczywiście ciekawa propozycja. A tak poważnie, to rywalizujemy między sobą, ale to zdrowa rywalizacja. Zresztą tak jest też w innych rodzinach, np. Moczydłowskich. Piotrek w Kijowie nie walczył, ale za to czyniła to z sukcesem jego żona, która zdobyła złoty medal. Piotr stwierdził, że znalazł się w cieniu swojej żony, a Sylwek na to: wiem, jak się czujesz, bo ja wielokrotnie byłem w takiej sytuacji.
W klubie Agnieszki i Sylwestra Sypieniów wszystko w porządku?
– Jak najbardziej. Mamy sporo ćwiczących, w tym liczną grupę przedszkolaków w wieku 4-6 lat, Sylwek prowadzi zajęcia z kadrą, z której najlepsi walczą na matach całego świata. Bytność na największych imprezach procentuje „łykaniem” wszystkich nowinek, których nie brakuje w naszej dyscyplinie. Rosjanie zmienili oblicze karate – mniej jest czarowania, kopnięć na głowę, więcej krótkiego dystansu, niskich kopnięć, często decydują silne ręce.
A jaka jest kondycja polskiego karate?
– Ma się dobrze, o czym świadczy zdobycie przez nas w Kijowie 7 medali: 3 złotych, 2 srebrnych i 2 brązowych. To znakomity dorobek, bo np. wspomniani Rosjanie wywalczyli tylko jeden medal złoty (mnie pokonała młoda, utalentowana zawodniczka z tego kraju).
Odnosicie znaczące sukcesy. Czy czujecie wsparcie we włodarzach miasta i regionu?
– Jeśli chodzi o region, nie bardzo. Nieskromnie powiem, że liczyłam na nagrodę za całokształt kariery: 8 medali mistrzostw świata, 28 mistrzostw Europy (w tym 14 złotych), o krążkach z mistrzostw kraju w ogóle nie wspomnę. Usłyszałam, że w tym roku nie będą przyznawane nagrody za osiągnięcia w dyscyplinach nieolimpijskich. To chyba nieporozumienie – nagroda za całokształt obejmuje wiele lat kariery, więc każdy czas jest dobry. Widać nie dla wszystkich. Za to prezydent Dutkiewicz o mnie pamięta, za co bardzo mu dziękuję.
Co z dalszą karierą?
– Po pechowo przegranych mistrzostwach świata uznałam, że pora kończyć. Na co rosyjski trener zażartował, że beze mnie taka impreza nie może się odbyć. Ale chyba rzeczywiście ten sezon będzie ostatnim. Mam godnego następcę, teraz pora na sukcesy Patryka.
Waldemar
Niedźwiecki


źródło: brak danych


Proste pytanie: 10 + 5 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.