Najpiękniejszy dzień w karierze

Łukasz Haraźny, poniedziałek, 2 listopada 2015

Agnieszka Radwańska zwyciężyła w turnieju WTA Finals, uznawanym za nieoficjalne mistrzostwa świata. Polka w ciągu czterech dni pokonała po kolei trzy zawodniczki z czołowej piątki światowego rankingu. W finałowym meczu, po dramatycznym boju, zwyciężyła Czeszkę Petrę Kvitową 6:2, 4:6, 6:3. W nagrodę zainkasowała czek na 2 miliony dolarów. – To dla mnie najpiękniejszy, najważniejszy dzień w karierze. Kilka tygodni temu nie sądziłam, że się tu znajdę – podsumowała.

avatar


W rozgrywanych w Singapurze elitarnych zawodach rokrocznie bierze udział osiem najlepszych tenisistek sezonu. W tenisowym świecie to jeden z najważniejszych turniejów, ustępujący tylko Wielkiemu Szlemowi i igrzyskom olimpijskim. W tym roku Radwańska długo nie mogła być pewna udziału w prestiżowej rywalizacji. W pewnym momencie była już nawet notowana na 15. miejscu światowego rankingu. Jesienią nastąpiło jednak jej odrodzenie. „Isia” wygrała dwa azjatyckie turnieje – w Tokio i w Tiencin – i rzutem na taśmę zapewniła sobie udział w kończących sezon finałach. Turniej rozpoczęła od zaciętego, ale ostatecznie przegranego trzysetowego meczu z Marią Szarapową. Kolejne spotkanie to znów świetna gra i znów konieczność zniesienia goryczy porażki. Tym razem minimalnie lepsza okazała się włoszka Flavia Pannetta. Po dwóch przegranych wydawało się, że Polka może pakować walizki. Miała wciąż szanse na awans, ale musiała liczyć nie tylko na siebie, ale też na korzystny rezultat spotkania swoich dwóch wcześniejszych pogromczyń. Sama stanęła na wysokości zadania i w dwóch setach pokonała rozstawioną z jedynką Rumunkę Simonę Halep. Dramatyczny był przede wszystkim tie break pierwszego seta. „Isia” przegrywała już 1-5. Wtedy zerwała się do odrabiania strat i dosłownie wydarła rywalce wygraną w tej partii. Było to 500. zwycięstwo Radwańskiej w karierze. Z tej okazji dostała od razu po meczu kwiaty od organizatorów. Później mogła z zaciśniętymi kciukami oglądać mecz Szarapowej z Pennettą. Do awansu potrzebowała dwusetowej wygranej Rosjanki. „Masza” rozbiła grającą ostatni mecz w karierze Włoszkę i pozwoliła Agnieszce zająć drugie miejsce w grupie. Choć Polka weszła do półfinałów w pewnym sensie „kuchennymi drzwiami”, w półfinale potwierdziła, że na to miejsce po prostu zasługiwała. W meczu z Hiszpanką Garbine Muguruzą, z którą ostatnio nie potrafiła sobie poradzić, zagrała najlepszy tenis w tym sezonie. Na korcie dokonywała cudów, odgrywała niemożliwe do odegrania piłki, trafiała w linie, pokazywała hart ducha, którego według niektórych ekspertów przez wiele lat jej brakowało. Nie zrażała się przegranymi gemami, brakiem szczęścia przy zagraniach w taśmę. Parła do przodu niczym rozpędzony pociąg i w końcu ostatecznie złamała opór zawodniczki, którą okrzyknięto największą rewelacją sezonu. Krakowianka wygrała 6:7, 6:3, 7:5 i zameldowała się w finale. Kolejny półfinał dość nieoczekiwania na swoją korzyść rozstrzygnęła Petra Kvitova. Radwańska musiała szykować się na kolejny morderczy mecz, bo Czeszka nigdy jej nie leżała. Bilans bezpośrednich starć przemawiał na korzyść rywalki, która w ośmiu dotychczasowych konfrontacjach aż sześć razy schodziła z kortu zwycięska.

Finał do utraty tchu

Niedzielny finał był typowym meczem na wyczerpanie. Obie tenisistki odczuwały po pierwsze trudy całego sezonu, po drugie trudy meczącego turnieju. Od początku nieco lepsze sprawiała Radwańska, choć to ona miała w kościach więcej rozegranych setów w Singapurze. Kiedy przełamała Kvitową na 5:1, było pewne, że pierwszego seta Polka już nie wypuści. Kolejna partia rozpoczęła się po myśli Radwańskiej, ale od stanu 3:1 „Isia” złapała zadyszkę. W sumie w trzech gemach wygrała tylko trzy piłki, a swój serwis przegrała do zera. Kvitova „poczuła krew” i zaczęła łapać rytm. Leworęczna Czeszka doprowadziła do stanu 5:4 i znów skutecznie zaatakowała serwis Radwańskiej, przełamując ją na wagę seta. Czeszka, wciąż czując wiatr w żaglach, w decydującej partii wyszła na prowadzenie 2:0. Kolejny gem dla kibiców o słabszym sercu mógł być morderczy. Przegrana mogła praktycznie przekreślić szanse Polki, ale Radwańska kolejny raz w tym turnieju pokazała, że postawiona pod ścianą potrafi wykrzesać z siebie 110 procent. Dosłownie rzuciła się na Kvitową i przy pierwszym breakpoincie zagrała piłkę, która powinna być kończąca. Sędziowie wywołali aut, jak pokazały powtórki niesłusznie, ale „Isia” nie skorzystała z możliwości sprawdzenia. Na szczęście oliwa okazała się sprawiedliwa i w kolejnej akcji Radwańska wygrywającym returnem odrobiła breaka. Od tego trzęsienia ziemi napięcie – w myśl zasady Alfreda Hitchcocka – tylko narastało. Aż sześć z dziewięciu gemów kończyło się przełamaniami. Obie zawodniczki przezwyciężały swoje bariery fizyczne, ale decydująca okazała się psychika. Radwańska przełamała przeciwniczkę swoim uporem i niczym niezmąconą wiarą w zwycięstwo. Ostatecznie to ona okazała się lepsza o jednego breaka i została pierwszą w historii, która wygrała WTA Finals, wychodząc z grupy z większą liczbą porażek niż zwycięstw. W Singapurze Radwańska zagrała jak nowa, ulepszona wersja samej siebie. Potrafiła przezwyciężać fizyczne dołki, momenty dekoncentracji, przejmować inicjatywę i z defensywy płynnie przechodzić do ataku. W pełni zasłużyła na ten największy sukces w dotychczasowej karierze i udowodniła wszystkim sceptykom i przede wszystkim samej sobie, że stać ją na wygrywanie wielkich turniejów. Jeżeli poradziła sobie w WTA Finals, gdzie po drugiej stronie siatki przez pięć kolejnych spotkań stały zawodniczki z topowej dziesiątki, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zwyciężyła w którymś z Wielkich Szlemów.

 

RAZ


źródło: własne


Proste pytanie: 4 + 9 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.