Najlepszy polski trener piłkarski Tadeusz Pawłowski

Andrzej Czech, poniedziałek, 22 grudnia 2014

Tadeusz Pawłowski to obecnie najbardziej ceniony polski trener. Przekonał się do niego nawet, wyśmiewający go po przyjściu do Śląska (za rozebranie
się do połowy, by ubrać klubową koszulkę na gołe ciało) szef portalu
„weszlo.pl”. Szkoleniowca Śląska cenią także za granicą. W światowym rankingu trenerów wykonał w 2014 roku skok o ponad 1000 miejsc do przodu.

avatar

Teraz Pawłowski plasuje się na 342 pozycji. Z pracujących w Polsce trenerów wyżej od niego jest tylko norweski szkoleniowiec Legii Warszawa Henning Berg. Estymą darzą go także kibice (w każdym meczu skandujący jego nazwisko) i włodarze wrocławskiego klubu, którzy kilka dni temu przedłużyli z nim kontrakt do końca czerwca 2016 roku.


Ilu potrzebuje Pan piłkarzy, aby złożyć deklarację, że Śląsk jako cel ma mistrzostwo Polski?
TADEUSZ PAWŁOWSKI: – Jeżeli miałbym jeszcze dwóch naprawdę dobrych piłkarzy przede wszystkim w działaniach ofensywnych, oczywiście przy utrzymaniu dzisiejszego stanu osobowego, mógłbym złożyć taką deklarację. Już wcześniej mówiłem, że my w tej chwili nie potrzebujemy zawodników, którzy tylko powiększą kadrę, ale takich, którzy potrafią jednym zagraniem rozstrzygnąć mecz.


Jestem pewien, że takich piłkarzy Pan już wytypował. Jak na ich ewentualne pozyskanie zapatrują się władze klubu?
- Na pewno będą to zawodnicy z wolnego transferu. To nie będą piłkarze typu Radović czy Duda, ale mimo to tacy, którzy pasowaliby do naszej koncepcji. To już nie są zawodnicy do obróbki czy szlifowania, ale od razu do grania. Z jednym rozmawiamy, drugiego jeszcze będziemy oglądali w meczu. Jednym z tych zawodników jest Polak, a drugi to piłkarz zagraniczny.


Tym Polakiem oczywiście nie jest Waldek Sobota?
- To nie on. Oczywiście fajnie byłoby, gdyby Waldek Sobota do nas wrócił, bo to gracz z charakterem, był już piłkarzem Śląska i na pewno dałby nam jakość. Jednak uważam, że jeżeli ktoś poszedł za takie pieniądze do Brugii, to na pewno nie jest nas na niego stać.


Marco Paixao twierdzi, że nawet tym składem, oczywiście z nim zdrowym, można się już bić o mistrza.
- Ja byłbym ostrożniejszy. Marco promieniuje optymizmem i o wszystkim mówi, że jest fantastyczne. Ja patrzę na to troszeczkę szerzej. Chociaż miejsce, jakie zajmujemy po jesieni, rzeczywiście jest fantastyczne, to jest to dopiero krok w dobrym kierunku. Legia jest w stanie wystawić przynajmniej
18 zawodników, którzy gwarantują dobrą grę. My możemy liczyć na to, że będziemy w stanie dokończyć sezon czternastoma takimi graczami. Uważam, że miejsce, jakie zajmujemy jest wsPaniałe, ale ja bym chciał zostać troszeczkę na ziemi. Jestem przekonany, że trafimy z formą, bo to potwierdziła jesień. W każdym meczu potrafiliśmy w części drugiej połowy zdominować przeciwnika, nawet kiedy przegrywaliśmy.


Ale nie powie Pan, że Śląsk będzie mistrzem?
- Niektórzy mogą mnie posądzić o asekurację, ale ja za dużo w piłce widziałem i myślę, że w tej chwili krzyczeć, że będziemy mistrzem Polski, jest za wcześnie. Lepiej zachować troszeczkę pokory. Uważam, że na razie ustępujemy kadrowo nie tylko Legii, ale i Lechowi. A nawet Wiśle Kraków, jeśli wychodzi pierwszym składem, bo ma dużo więcej reprezentantów. Myślę jednak, że można powalczyć. Że to, co się stało, trzeba wykorzystać. Ale też należy mieć pokorę, bo tego wymaga zwykła uczciwość. W tym składzie, jeżeli będziemy na podium, to będzie sensacja nad sensacjami.


Czyli uważa Pan, że tytuł mistrzowski przypadnie któremuś z czterech klubów (Legii, Lechowi, Wiśle lub Śląskowi). Czy jest jeszcze ktoś, kto może nagle wyskoczyć jak przysłowiowy „diabełek z pudełka”?
- Moim zdaniem klubem z dużym potencjałem jest Łęczna, bo ma dużo doświadczonych i dobrych zawodników. Miejsce, które zajmują, jest nieadekwatne do ich klasy. Reszta klubów będzie się biła o awans do ósemki czy pozostanie w lidze.

Ile musi pracować Marco, by dojść do optymalnej dyspozycji? On sam mówi, że nie będzie dla niego świąt, tylko ciężka praca, bo dostał indywidualną rozpiskę i wie, że trzeba w tej nodze bardzo dużo odbudować, aby się to nie daj Boże nie posypało...
- Wiadomo, że każde unieruchomienie nogi powoduje zanikanie mięśni. Staram się nie wchodzić w szczegóły, bo dla mnie jest wystarczające, że w przypadku Marco doktor, fizjoterapeuci czy Andrzej Czamara dają zielone światło. Oni za to odpowiadają. Ja patrzę przez pryzmat treningu, jak Marco wygląda, jak się porusza, czy jest zdolny do grania. Na pewno on się pali do gry, ale musi odbudować przede wszystkim czucie piłki i praktykę meczową. Sądzę, że po okresie przygotowawczym da nam nawet 100 procent tego co dawał nam w ostatnich meczach. Jego ponowne wprowadzenie do zespołu też było bardzo trudne. Byliśmy przyzwyczajeni, że gramy z Machajem, a nagle na boisko wchodzi typowy środkowy napastnik. Nasza gra staje się bardziej statyczna. Cieszę się więc jeszcze bardziej, że w ostatnich dwóch meczach wywalczyliśmy komplet punktów, choć musieliśmy zmienić taktykę. W związku z tym, że w każdym meczu ktoś nam wypadał, nie było to łatwe. Mówiłem przed miesiącem trenerowi Barylskiemu, że chciałbym w tych ostatnich czterech meczach zdobyć 7 punktów i to się sprawdziło. Marco na pewno da nam więcej, ale musi pracować. Zresztą każdy zawodnik dostał rozpiskę, dostał też specjalny zegarek monitorujący pracę. Każdy wie, ile i jak ma trenować. Zaczynamy 7 stycznia badaniami.

I już na początku zaczynacie od bardzo trudnego sprawdzianu, jakim będzie pierwszy mecz ćwierćfinałowy Pucharu Polski z Legią Warszawa. Wypada już wtedy być w wysokiej formie.
- Trzeba to naprawdę bardzo mądrze poukładać. Jak dostanę mailem od Marka Świdra, który jest w tej chwili na kursie, jakie są obciążenia, to chciałbym w to wkomponować treningi czysto piłkarskie, żeby to miało ręce i nogi. Nie jest łatwo trafić z formą na te pierwsze wiosenne mecze, a my to musimy zrobić, bo tu też będzie się dużo rozstrzygało. Mamy trójmecz z Legią i leci liga, w której uważam, że po zwycięstwie nad Bełchatowem mamy furtkę otwartą do czołowej ósemki. Naprawdę nie wyobrażam sobie, żeby coś mogło nam przeszkodzić, żeby w niej być. Dystans jest coraz większy. Ci, co zajmują dziewiąte miejsce, nie będą mieli łatwo nadrobić 12 punktów, zwłaszcza że zostało już tylko 11 meczów sezonu zasadniczego. Trzeba na początku zapewnić tę ósemkę i wtedy określić priorytety.


Ale jak to zrobić, skoro w klubie głośno się mówi o wprowadzaniu do drużyny młodych zawodników?

- Nikt mi tu nie narzuci, że muszę młodych zawodników ogrywać. Jesteś dobry, to grasz, jesteś słaby – czekasz. Nie można przyjmować takiej zasady, że jak ktoś jest młody, to musi grać. Czasem czytam czy słyszę hasło: ogrywać młodych. I tak się dzieje. Dużo zawodników zostało wprowadzonych do kadry i czeka na swoją kolej. Zmieniliśmy proporcje obcokrajowców w stosunku do naszych zawodników. Wielu młodych zawodników jest z Dolnego Śląska. Zrobili postęp i myślę, że ta grupa ma szansę. Nasza filozofia idzie w dobrym kierunku. Ale jeszcze raz powtórzę, że tu nic nie będzie robione na siłę. Że ktoś musi grać, bo jest. Niech rozstrzyga forma na boisku. Zresztą zawodnicy widzą, że staramy się być fair. Nie gra ktoś dlatego, że się nazywa tak czy tak, nie gra ktoś dlatego, że jest z Polski. Oni to widzą i dlatego mamy dobrą atmosferę. Pchają się do nas na staże trenerzy drzwiami i oknami i każdy, komu to umożliwimy, jest pod wrażeniem, że chłopcy są normalni, że jest dobra atmosfera.


Czy ta drużyna jest w stanie grać o dwa cele, czyli o Puchar Polski i jak najwyższe miejsce w lidze?

- Myślę, że jeżeli dokooptujemy jeszcze dwóch, którzy dadzą nam jakość, to tak. W tym pucharze doszliśmy tak daleko i czeka nas najlepszy w Polsce przeciwnik. Ale zaangażowany w puchary europejskie, będzie musiał rotować składem. Myślę, że trzy mecze z nami będą kosztować Legię dużo siły. Dlatego sądzę, że bardziej zdecydowanie postawią na europejskie puchary, gdzie można troszeczkę więcej pieniędzy zarobić. Ale bardziej patrzę na nas. Pójdziemy na pewno w dwóch kierunkach: jak najlepsze miejsce w lidze i Puchar Polski.


A chłopcom nie będzie trochę ciężko? Na początku rozgrywek tak było.

- To były pierwsze cztery mecze, z których dwa wygraliśmy i dwa przegraliśmy. Było wtedy dużo doradców na trybunach, którzy zaczęli mówić: że nie ten system, że nieprzygotowani, że bez napastnika, że się skompromitujemy. Byłem troszeczkę zaskoczony, że tak szybko znalazło się tylu krytyków, ale wiedzieliśmy, że naprawdę pracowaliśmy bardzo solidnie i to musi odpalić lada moment. Gdzie leży problem w naszym zespole? Mamy 3-4 grupy zawodników, które są na różnym poziomie motorycznym. Nie ma tak dobrze jak w Bundeslidze, gdzie wszyscy są na jednym poziomie i zadaniem trenera jest dobranie składu i taktyki. U nas ciągle pytamy się piłkarzy, jak się regenerują, badamy poziom zakwaszenia. W tym jest cała sztuka, żeby tych zawodników, będących na różnym poziomie wydolności, tak przygotować, żeby czuli się mocni. I tak też było na początku sezonu. Po tych meczach powiedziałem w szatni chłopcom, że obojętnie co się będzie działo, to nie odstąpię od filozofii, którą sobie przyjąłem. Prezesowi także mówiłem, że idziemy w dobrym kierunku. Może te wyniki na początku dały trochę pola do popisu tym ludziom, którzy tu by chcieli pracować, a nie dostali takiej szansy. Cieszę się, że ten program, który sobie założyliśmy, dał efekty.


Czyli jednak po 3-4 kolejce niektórzy piłkarze przychodzili i mówili, że są przetrenowani?
- Przychodzili i mówili, że u nas tak jest, że jak zawodnicy mają „ciężkie nogi”, to trenerzy odpuszczają. Dają im odpocząć i wtedy jest świeżość. Zaśmiałem się z tego! Bo to śmieszne. Jeżeli siedzieliśmy ze sztabem dzień i noc, żeby to miało ręce i nogi, a na obozie piłkarze wykonali kupę pracy, to nie po to robiliśmy, żeby później tak łatwo odpuścić. Nie mogłem dać wiary ludziom, którzy nie mieli o tym pojęcia. Oni mają po prostu wykonywać nasze polecenia. Nie mogło być tak, żeby drużyna dobierała obciążenia, a ja żebym cieszył się, że oni chcą mniej pracować, bo i ja miałbym mniej pracy. Jakbym przyszedł i robił to, co mój poprzednik, to niepotrzebna byłaby zmiana trenera. Na szczęście kadrę mojego zespołu stanowią bardzo inteligentni zawodnicy i szybko to zrozumieli.


Co trzeba zmienić w przygotowaniach zimowych w porównaniu do letnich, żeby forma przyszła od razu? Teraz tak musi być, bo jak sam Pan powiedział, zaczynacie trójmeczem z Legią.
- Najlepiej byłoby nic nie robić (śmiech). To jest troszeczkę inny okres, ale czasu jest tyle samo, czyli ostatnie dwa tygodnie to mecze sparingowe i trzeba będzie dobrać odpowiednie obciążenia. A może trzeba będzie obciążenia zostawić na tym samym poziomie, a trening troszeczkę skrócić? Chcemy pójść troszeczkę dalej, więc np. te przebieżki, które teraz gracze biegają maksymalnie sześć razy, chcemy zwiększyć do ośmiu. Naszym plusem jest to, że dzięki dobrej lokacie w tabeli mają wiarę, więc łatwiej będzie ich przekonać do jeszcze cięższej pracy. Dotąd nie spotkałem się, żeby ktoś narzekał. Może w tej końcówce, gdzie były trzy remisy, niektórzy mówili, że brak im świeżości. Ale w Niemczech jest takie powiedzenie, że zawodnik profesjonalny nigdy nie jest świeży. On powinien wychodzić na mecz lekko zmęczony. Chodzi o to, żeby organizm był przyzwyczajony do tego, że boli i do gry na wysokim tętnie, żeby się szybko regenerował.


Wróćmy jeszcze do Marco. Gdyby Machaj był w takiej normalnej dyspozycji fizycznej i nie narzekał na uraz, to w ogóle wpadłby Pan na pomysł, żeby w tym roku wpuścić Marco na murawę?
- Rozmawialiśmy z Marco po meczu z Pogonią u siebie. On bardzo się palił do gry, uważał, że powinien robić już więcej. Powiedzieliśmy mu, że od ludzi, którzy go leczyli, mamy dostać zielone światło, że jest całkowicie zdrowy. A kiedy on zagra zadecyduję ja, bo moim zdaniem lepiej jest wyjść na boisko godzinę później niż minutę za wcześnie. Na pewno to stłuczenie Mateusza pomogło mi w decyzji. Gdybyśmy może wygrali te mecze, które zremisowaliśmy, i spotkanie w Chorzowie, pewnie oszczędziłbym Marco. Ale trzeba było coś zrobić, żeby drużyną lekko wstrząsnąć. Gramy tak dobrze, bo mamy pewność siebie, że jesteśmy w górze tabeli. Gdybyśmy tą samą drużyna byli na przedostatnim miejscu, na pewno byśmy grali inaczej. Widzimy, że na końcu tabeli są też piłkarsko niezłe zespoły. My doświadczyliśmy tego w zeszłym sezonie, gdzie każdy mecz mógł się zakończyć spadnięciem do strefy zagrożonej degradacją. Całe szczęście, że miałem dobrą kadrę, bo Kelemen, Kokoszka, Stevanović i Marco to byli ludzie, którzy dawali potencjał. Te zwycięstwa na wyjazdach: w Białymstoku 3:0 czy z Koroną 5:1, były potwierdzeniem, że drużyna jest dobra, ale poprzez to, że była w dole tabeli, straciła pewność siebie. Musiałem im wmówić, że są dobrzy. Takie przekonanie odgrywa dużą rolę, bo np. z przegranego meczu nie robi żadnej tragedii, co dla wielu drużyn jest problemem. Walczysz o miejsce w czołowej ósemce, bo to się wiąże i z pieniędzmi, i z tym, że o całkiem inne cele będzie się grało wiosną. W grupie spadkowej po pierwsze nie ma publiczności, a po drugie przy spłaszczonej tabeli cały czas grasz o utrzymanie. Jeden czy dwa mecze przegrane już degradują cię do strefy spadkowej. A na wiosnę o punkty będzie dwa razy ciężej, bo to będą mecze o wszystko.


Kiedy Pan wpadł na pomysł zatrudnienia w klubie psychologa?
- W naszym sztabie szkoleniowym każdy powinien mieć swoją działkę. Tak zresztą było w akademii w Austrii. Rano przychodził trener od gimnastyki, potem od motoryki, na każdym treningu był psycholog. To nie jest mój wymysł. Mamy wielu młodych zawodników. Uważam, że potrzebna będzie taka postać. Jeżeli chcemy w przyszłości stworzyć jakąś, mówiąc brzydko, produkcję swoich zawodników, to musi być to bardzo profesjonalnie robione od dołu. Na razie nie wychodzi nam to jeszcze idealnie. Troszeczkę nas jeszcze Legia i Lech wyprzedzają w Polsce czy na Dolnym Śląsku Zagłębie Lubin. A psycholog w klubie to bardzo ważna funkcja,. Najważniejszą rzeczą w kształtowaniu piłkarza jest jego osobowość, jego charakter. Nie chciałbym mieć takich problemów, że w ekstraklasowym zespole muszę np. wmawiać Machajowi, że od niego zależy, jak będzie grał.


Czy aż tak źle było z Machajem, że trzeba mu było wmawiać, że jest dobrym piłkarzem?
- To chłopak, który ma duże umiejętności, które mógłby lepiej sprzedać. Ale małe, drobne niepowodzenia wytrącają go z rytmu. Przy mnie wierzy w siebie, sam podejmuje inicjatywę, może czasem za dużo stara się odgrywać z pierwszej piłki. Wszyscy trenerzy chcieliby mieć swojej drużynie typy zwycięzców, takich jak np. Mila, który obojętnie w jaką grę, zawsze chce wygrać.


No właśnie, Mila. Czy niezależnie od tego, jak zachowa się klub, rozmawiał Pan z nim w takiej formie: „Sebek jesteś mi potrzebny, zostań tutaj”?
- Uszanujmy to, że on chce mieć spokojne święta i potem wydać oficjalny komunikat w tej sprawie. Rozmawiałem z Sebastianem w cztery oczy i mniej więcej wiem, jak chce postąpić. Wcześniej prosiłem go, żeby w tych ostatnich meczach w tym roku dał z siebie wszystko i skoncentrował się na tym, co robi, czyli był sercem gry naszej drużyny. Uważam, że Sebastian to zrobił. Na pewno miał ciężki okres, bo w ciągu 2-3 tygodni stał się jednym z najpopularniejszych ludzi w Polsce. Ciężko było wytrzymać te wszystkie wywiady, filmy. Potem tuż przed meczem z Ruchem pojawiła się wiadomość o Lechii. Dlatego porozmawiałem z nim w cztery oczy.


A czy ma Pan pomysł, żeby w dalszej przyszłości zagospodarować jako psychologa Krzysztofa Ostrowskiego?
- Jest dużo możliwości, bo będzie już do tego czasu i akademia piłkarska. „Ostry” może być też przy pierwszym zespole. Musimy spokojnie odczekać, bo na razie w takiej formie fizycznej, w jakiej jest, ja go dalej potrzebuję jako zawodnika. Już dawno powiedziałem, że chciałbym, aby Krzysiek pracował kiedyś w klubie, ale przy takiej formie nietaktem byłoby rozmawianie o zakończeniu kariery.


Dobrał Pan sobie bardzo dobrą ekipę trenerską do pomocy.

- Fajnie, że mam zespół młodych ludzi chętnych do pracy, z których każdy w swojej dziedzinie jest dobry. Łukasz Czajka jest od analizy meczów i faktycznie jest wielkim zwolennikiem Guardioli czy Bayernu, co w sumie pokrywa się z moją filozofią. Marek Świder z Pawłem Barylskim są dobrzy w fizjologii. Tomek Hryńczuk odpowiada za bramkarzy. Łukasz Becella rozbudowuje skauting czy obserwuje mecze z trybuny i możemy już od rozgrzewki na bieżąco monitorować przeciwnika. Co oni robią, kto na jakiej pozycji będzie grał. No a ja muszę wszystko skoordynować, nadać cel i pokazać filozofię, przy pomocy której chcemy go osiągnąć, a w ciężkich momentach – obojętnie czy w trakcie meczu, czy po przegranych tak jak z Pogonią czy Bełchatowem na początku sezonu – swoim autorytetem pokazać zespołowi, że wszystko jest OK, że idziemy w dobrym kierunku. Mocno trzymać lejce.


I świetnie się to Panu udaje.
- To, co robimy już od 10 miesięcy, potwierdza naszą drogę. I będziemy się jej trzymać. Nasza przewaga nad niektórymi zespołami ekstraklasy wynika także z tego, że my przykładamy wagę do małych rzeczy. Staramy się tak zorganizować każdy wyjazd czy trening, żeby chłopcy mieli jak najmniej możliwości do narzekań. Płacone jest na bieżąco, jeżeli ma być obiad, to on jest. Wszystko jest dograne: gdzie jemy, co jemy, rowery jeżdżą z nami na mecze. Ta logistyczna strona jest silna. A od strony sportowej to, że pracowałem przez tyle lat w innym systemie szkolenia sprawia, że zwracam uwagę na wiele drobnych wydawałoby się rzeczy. Na pierwszy kontakt z piłką, ofensywne przyjęcie piłki, prostopadłe zagrania. To są niuanse, ale takie, jakimi gra cały świat i osiąga wyniki. Choćby zwód uwalniający czy pokazywanie się między liniami. Uważam, że Sebastianowi było łatwiej grać z Niemcami, bo doskonale wiedział, jak oni się ustawiają, i jak on ma się poruszać. Na boisku Mila jest dużo mądrzejszy niż kiedyś. Większość drużyn chce go zneutralizować, bo wie, że większość akcji idzie przez niego.


Właśnie przedłużył Pan umowę o kolejny rok.

- Nie spieszyłem się, nie naciskałem, bo wiem, że w przypadku trenera wszystko zależy od wyników. Co z tego, że będziesz miał pięcioletni kontrakt, gdy zwolnią cię po kilku meczach. Myślę, że obie strony są zadowolone. Ja jestem szczęśliwy, że mogę tu pracować, bo to było moje marzenie. Sądzę, że wyniki dają też satysfakcję drugiej stronie. Myślę, że te 10 miesięcy obyło się bez żadnych zgrzytów na linii klub – ja, dziennikarze – ja, czy kibice – ja. To bardzo ważne.


Ale czasem spotyka Pan się z krytyką, zwłaszcza dotyczącą niewłaściwego zdaniem niektórych prowadzenia kariery młodziutkich piłkarzy.
- Kręcili się tu ludzie, którzy chcieli nam podebrać Pałaszewskiego. Szybko porozmawialiśmy z rodzicami i prezesem i w ciągu dwóch dni podpisaliśmy kontrakt. Tak było też z Idzikiem. Zarzuca się nam, że przegapiliśmy Trzepacza, który poszedł do Grudziądza. Ktoś porozmawiał za naszymi plecami. Jest w akademii bardzo utalentowany 15-latek, którego już chcą nam podebrać Lech i Legia. Takie kluby proponują jakieś pieniądze rodzicom, albo zawodnik ma menedżera, który nie patrzy na to, gdzie piłkarz będzie się lepiej rozwijał, tylko na swój zarobek. Jeszcze teraz niektórzy proponują Pałaszewskiemu wyjazdy na sprawdziany do różnych klubów. A to mu tylko może zaszkodzić. Najpierw trzeba go fizycznie przygotować.


Stał się Pan postacią rozpoznawalną we Wrocławiu. Może Pan spokojnie wyjść na zakupy, czy raczej z tym jest ciężko?
- Fajnie jest, bo przychodzą ludzie, gratulują, robią sobie ze mną zdjęcia, proszą o autografy. Bardzo się z tego cieszę, bo to jest też jakaś forma podziękowania. Po to się uczyłem i bardzo się cieszę, że mi się to udało.


Kiedyś, jak przyjeżdżał Pan z Austrii, często dyskutowaliśmy sobie przy lampce wina w jakiejś restauracji. Teraz pewnie Pan do nich nie chodzi.
- Od czasu do czasu idziemy z żoną coś zjeść, ale żeby po wygranym meczu pójść i gdzieś tak siąść sobie przy winku, to nie. Poza tym jak się mecz skończy u nas, to jesteśmy po wszystkim o północy. Wtedy lepiej odpocząć niż iść na miasto.
Rozmawiał
ANDRZEJ
LEWANDOWSKI



źródło: brak danych


Proste pytanie: 1 + 10 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
advertisment