Chief One, czyli historia o wrocławskim, samotnym rejsie dookoła świata

Monika Pelc, poniedziałek, 15 stycznia 2018

Ireneusz Chwołka i Wojciech Madej. Dwójka, wydawałoby się, zwyczajnych ludzi, na co dzień funkcjonujących we Wrocławiu. Obaj panowie mają jednak naprawdę wielkie marzenia. Ten pierwszy 2 stycznia 2018 wyruszył w samotny rejs dookoła świata. Madej jest kierownikiem wyprawy, będąc w tak ścisłym kontakcie z Chwołką, jakby właściwie płynął z nim na jachcie.

avatar
Fot. A. Bernat - Ireneusz Chwołka na pokładzie Chief One, jachtu, którym aktualnie w samotni okrąża glob

Cel jest ambitny. Popłynąć prawie 24-metrowym jachtem w samotny rejs dookoła globu bez zawijania do portu. Coś, co starsi czytelnicy kojarzą głównie z wyczynem legendarnego Henryka Jaskuły. Dowodzony przez niego jacht Dar Przemyśla i ostateczny sukces rejsu to jednak przełom 1979 i 1980 roku. Chwołka swoje marzenie wprowadził w życie, mając bagaż 20 lat doświadczeń na wodzie. Madej tak określa kwestię samego „rekordu” do pobicia. – Dla mnie rekordem będzie opłynięcie globu zgodnie z wymogami międzynarodowej federacji, czyli World Sailing Speed Record Council. Taki rejs zaliczany jest m.in. ze względu na to, że ma 21,6 tysiąca mil i więcej. Do tego ma przecięcie równika na trasie. Jest tych punktów kilka, rejs Irka każdy z nich spełnia. Natomiast z drugiej strony mamy np. Henryka Jaskułę, który płynął 344 dni – ale z Gdyni do Gdyni. Czyli to była dużo dłuższa trasa. Zatem nie ma co tego porównywać, do tego przecież inna technologia. A wymieniać trzeba jeszcze Tomasza Lewandowskiego – przyznaje. Cel sportowy w przypadku wrocławianina jednak jak najbardziej ma rację bytu. Początkowo była mowa o 100 dniach na wykonanie zadania. Wynikiem przyzwoitym może być 120 dni. A tym, który nie zadowoli samego Chwołkę będzie przekroczenie bariery 150 dób na wykonanie zadania. – Cel sportowy motywuje chociażby do częstszej zmiany ustawienia żagli. W końcu Irek mógłby sobie ustalić wersję soft, jakiś tam lekki powiew, małe ustawienie, porusza się do przodu i tyle. Nam chodzi o to, żeby pokonać ten dystans stosunkowo szybko. Jest ten cel sportowy, opłynięcie świata przez polski jacht. Nie ma co mówić o rekordach świata, które wynoszą po czterdzieści kilka dni. Tam mamy do czynienia ze sprzętami za kilka milionów euro. My musimy mierzyć siły na zamiary i możliwości zarazem – dodaje Madej. Aktualnie to zresztą wróżenie z fusów, sporo bowiem zależy od natury, która bywa złośliwa. Ale jeszcze zanim Chief One mógł wyruszyć w swoją kolejną podróż, trzeba było odpowiednio wszystko dopiąć...
Urodzony w 1984 roku
Chwołka na jacht, którym aktualnie przemierza kolejne mile, polował w granicach 2 lat. Jak się okazało, wybór padł na Sardynię. To właśnie tam czekała legenda Wielkich Jezior Północnoamerykańskich. Wiele tytułów na koncie, do tego regularne starty w regatach od 1984 do 2002 roku. Przed zakupem Chwołki jacht odstał swoje na Sardynii, wówczas nosząc nazwę Sofi. Po zakupie w 2016 roku, w 2017 Chief One sprowadzono do Polski (już Chwołka z Madejem). W maju rozpoczęto kapitalny remont jachtu pod kątem wyprawy dookoła świata. Rozebrano właściwie wszystko, śrubka po śrubce poznając każdy szczegół powstałej w 1984 roku „maszyny”. Najczęściej bowiem powodem przerwania rejsów dookoła świata są usterki techniczne, które gdzieś tam ukrywają się, dając o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. – Irek przeprowadzał między innymi jachty przez ocean. Kończył też Technikum Żeglugi Śródlądowej. Można zatem powiedzieć, że to żeglarstwo było i jest przy nim od zawsze. Nie ma jednak co ukrywać, jedno to doświadczenie, drugie – kwestia finansowa. Gdybyśmy całego przygotowania nie wzięli w swoje ręce, tylko np. zlecali działania innym, koszty wzrosłyby pewnie dwukrotnie, a jakość wykonania pozostawiała wiele do życzenia. A wspomniane koszta i tak nie były małe. Wiele patentów na jachcie musieliśmy wymyślić sami, ponieważ był on przystosowany do rejsów załogowych w 24 osoby, trzeba było zatem tak dostosować Chief One, żeby umożliwić pracę w pojedynkę – opowiada Madej, dodając: – Nagle się okazuje, że nikt nie chce ci oskrobać kadłuba od spodu, kiedy stał na wodzie. Nikt nie chce wejść na maszt na 30 metrów, na tej wysokości jeszcze wspiąć się pół metra i wymieniać różne rzeczy dodatkowo. Myśmy to wzięli na siebie. Własnymi siłami, do tego przy pomocy pracowników Irka, do tego wolontariusze. On, w zamian za udział w rejsie, chętnie pomagali i wspierali nas. Tymi wolontariuszami byli najczęściej koledzy, znajomi, przyjaciele. A później ruszyliśmy w rejs na Wyspy Kanaryjskie, ci ludzie nie płacili, w ramach naszego podziękowania – kwituje kierownik wyprawy z Chwołką na pokładzie. Przygotowania jachtu przeciągnęły się o ponad 2 miesiące ponad pierwotny plan. Po remoncie w Trójmieście (tam wylądowali po sprowadzeniu Chief One z Sardynii) kapitan Madej wyruszył w rejs mający doprowadzić odnowioną „maszynę” do punktu startu samotnej wyprawy Chwołki. – Sam rejs na Wyspy Kanaryjskie, mieliśmy postój, śnieżyce, sztorm, dużo przygód. To opóźnienie nie wpływa jednak póki co na bezpieczeństwo obecnego terminu wyprawy i sytuacji Irka. Wiadomo, musimy być przygotowani na różne sytuacje. Jeżeli zima przyjdzie na południu szybciej, dojdzie gwałtowna zmiana pogody na gorsze warunki wiatrowe, wtedy będziemy myśleć. Powinno być dobrze – uspokaja Madej.

MACIEJ PIASECKI

Więcej w najnowszym numerze "Słowa Sportowego".


źródło: SS nr 2


Proste pytanie: 0 + 10 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.