...Bohdana Tomaszewskiego - Rozmowa z prof. dr. Janem Miodkiem

Monika Pelc, wtorek, 10 września 2019

Prof. dr. Jana Miodka przedstawiać nie trzeba. To, jak się zwykło o takich ludziach mówić, postać kultowa. Wybitny językoznawca, ceniony naukowiec i dydaktyk, medialne „zwierzę” (zwłaszcza media elektroniczne to żywioł Pana Profesora), zdeklarowany kibic sportowy. I dwie pasje: miłość do języka oraz sportu nie opuszczają Jana Miodka od kilku już dekad. Pretekstem do rozmowy z Panem Profesorem było zbliżające się spotkanie z okazji podwójnego jubileuszu olimpijskiej braci.

avatar


Przed kilkoma laty Regionalna Rada Olimpijska oraz Uniwersytet Wrocławski gościły uczestników Centralnych Dni Olimpijczyka. Poproszono wówczas Pana Profesora o wygłoszenie czegoś w rodzaju wykładu. Spotkał się on z ogromnym zainteresowaniem. 12 września oba te podmioty będą gospodarzami jubileuszowego spotkania z okazji 25-lecia wspomnianej Rady oraz 100-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego (powołano go do życia w Krakowie, w październiku 1919 r) i ponownie o podzielenie się swoimi refleksjami z tego tytułu zwrócono się do Pana Profesora. O czym chce Pan opowiedzieć gościom uroczystości?
Prof. dr Jan Miodek: – Będą to wspomnienia kiedyś sportowca, od zawsze kibica, ale i językoznawcy, którego język sportu z punktu widzenia zawodowego też interesuje. Te wspomnienia na pewno będą miały w tle warstwę językową. Pierwszym moim mocnym wspomnieniem sportowym było zwycięstwo Chychły nad Szczerbakowem w 1952 r. na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach. Wszak to pierwszy polski złoty medal olimpijski. A kiedy o nim wspomnę, natychmiast pojawia się postać Witolda Dobrowolskiego, który tę walkę relacjonował. To był wówczas najsłynniejszy nasz sprawozdawca, szef redakcji sportowej Polskiego Radia w Katowicach, który w późniejszych latach zawędrował do Warszawy. Kiedy zaś przejdę do 1956 r. i igrzysk w Melbourne, złotego medalu Krzesińskiej oraz srebrnego Sidły, to będę już miał w tle Bohdana Tomaszewskiego. Rzut, którym rządził wiatr, historia barwnie sprzedana – o tym zamierzam opowiedzieć gościom uroczystości jubileuszowych. Wspomnę, że złoty medal Krzesińskiej wbił się w pamięć, w oczy nie tyle od strony językowej, co ikonicznej (obrazkowej, odnoszącej się do obrazu – przyp. W.N.), bo wyszedł znaczek złotego koloru z Elą Krzesińską i jej charakterystycznym warkoczem. A potem 1958 rok i mistrzostwa Europy w lekkej atletyce w Sztokholmie. I znów te genialne relacje Tomaszewskiego z niezapomnianym finiszem w biegu na 3 km z przeszkodami. Chromik urwał się od reszty rywali, ale na ostatnim okrążeniu zaczął słabnąć i dwaj Rosjanie, jeden z nich nazywał się Siemion Rżyszczyn, zaczęli go dochodzić. I tu się zaczęła poezja. Chromik ucieka, Rżyszczyn go goni. Jeszcze trzysta metrów, jeszcze dwieście i do zwycięstwa, i do Mazurka, Chromik ucieka, Rżyszczyn go goni, i tak do mety. Jeszcze pięć metrów i Polak by nie wygrał. Przeskakuję w wiek XXI czy koniec XX. Dostaję Wiktora. Bohdan Tomaszewski na tej uroczystości jest, moja żona również. Ona malutka, słynny dziennikarz prawie dwa metry i tak z góry na nią patrzy. Przedstawiam: panie redaktorze, to moja żona. Spogląda na nią, wygląda jak dziewczynka, z końskim ogonem i mówi: pani to nie może mnie pamiętać. Na co Teresa: jak to nie mogę pamiętać – Chromik ucieka, Rżyszczyn go goni. I panu Bohdanowi oczy się zaszkliły, mnie zresztą też. Tak zbuduję 12 września swoją narrację.
Wspomniani mistrzowie mikrofonu nie tylko barwnie opowiadali, ale też posługiwali się pięknym językiem, co szczególnie powinno leżeć Panu Profesorowi na sercu. Tak było?
– Mogę powiedzieć, że oni byli moimi pierwszymi mistrzami językowymi. Mnie językowo, wyobraźniowo ukształtowało radio. Kiedy telewizja znalazła się w moim domu, miałem już kilkanaście lat. Jestem przekonany, że żaden komentator telewizyjny nie ma takiej szansy, jaką mieli sprawozdawcy radiowi, by zapaść w serce, wyobraźnię, pamięć radiosłuchaczy. Trzeba podczas relacji chwili oddechu i Bohdan Tomaszewski zawsze to podkreślał. Nie można cały czas nadawać na wysokim „C”, bo słuchacz tego nie wytrzyma. Kiedy wielu ludzi radia przeszło do telewizji, to zarzucano im, iż przegadują transmisje. Kiedy ja dzisiaj, z perspektywy pięćdziesięciu lat, patrzę na zarzuty im stawiane, to stwierdzam, że oni byli bezgrzeszni. Od kilkunastu lat powtarzam, że jeśli mam transmisję polską i np. Eurosportu to przełączam, bo tam mam błogą ciszę. U nas jest komentator i tzw. ekspert, czyli powiedzmy piłkarz, i przez sekundę buzie im się nie zamykają. Słucham niemieckiej transmisji, angielskiej, tam czasem cisza trwa pół minuty.
A skoro mowa o języku komentatorów (sprawozdawców w przypadku radia – dop. W.N.) irytuje mnie nadmierne używanie określeń typu: ktoś jest pod grą, zawodnik przeczytał rywala, oddał bezczelny strzał lub podanie. Mam rację?
– Ależ oczywiście. Chytry, zaskakujący, niespodziewany, a tu nagle zaczynają lansować bezczelność. Co to znaczy, iż powinniśmy być bardziej bezczelni? Przecież bezczelność jest bezdyskusyjnie pejoratywną, złą, ludzką cechą. Chytrość niekoniecznie, więc w odniesieniu do strzału to całkiem coś innego.
Często też komentatorzy używają określeń zapożyczonych z innego języka, np. po każdym meczu w żużlowej ekstralidze wybiera się nie najlepszego zawodnika, a rajdera (tak pisanego).
– To coraz powszechniejsze. Ale irytuje mnie też stwierdzenie, że ktoś kogoś skasował, a nie sfaulował, zagrał nieczysto, brutalnie. Co to znaczy skasować?
Będzie Pan Profesor przemawiał do olimpijczyków, często wybitnych. Czym różnią się Pana zdaniem współczesne igrzyska od tych sprzed np. kilkudziesięciu lat?
– Jest wszechobecna komercja. Wszystko pracuje na rzecz widowiska. Gdzie tam dawnej telewizji do tej obecnej, z techniką na pograniczu cudu. Nie chciałbym popadać w nastrój melancholijny, że tamto było lepsze (bo byliśmy młodzi), ale z pewnością było prawdziwsze, o czym Bohdan Tomaszewski też mówił. A może jesteśmy znudzeni meczami na wysokim poziomie, może jest tego po prostu za dużo. To jest tak, jak ktoś powiedział, że przyszedł zły czas dla artystów średniego lotu. Bo jeśli po naciśnięciu paluszkiem otwiera mu się Carnegie Hall czy La Scala i widzi na scenie Pavarottiego, Domingo, Carrerasa, Netrebko, czyli gwiazdy najwyższego lotu, to pójdzie do teatru w średnim polskim mieście? I tu zaczyna się mój dramat kibica chorzowskiego Ruchu. Bo to najnowocześniejszy stadion w przedwojennej Polsce, który nakazał wybudować wojewoda Michał Grażyński, pierwszy w Europie z krytą trybuną, więc kiedy po wojnie ojciec brał mnie na mecz, to każdorazowo kibicowało chorzowianom 30 tysięcy widzów. Teraz, na ostatnim meczu Ruchu z MKS Kluczbork, było ponoć 200 osób.
Serce zagorzałego kibica musi bolec, kiedy ukochany klub gra w III lidze, do tego znajduje się na samym dnie.
– To tak naprawdę nie III, a IV liga, bo jeszcze się nie zhańbiłem określeniem: ekstraklasa. Dla mnie to co najwyżej tzw. ekstraklasa. I, II, III, Ruch jest w IV-tej, kiedyś to była A– klasa. Teraz to się nazywa międzyokręgowa, bo Ruch przyjeżdża na Dolny Śląsk. Chorzowianom grozi upadłość, trudno mi to sobie wyobrazić. Juventus czy Glasgow Rangers też przeżywały ciężkie chwile, zdegradowano je za jakieś przekręty. Ale tam nie było mowy o takiej degrengoladzie sportowej. Juventus natychmiast powrócił do najwyższej klasy, Rangersi musieli zaczynać od IV ligi, ale dziś są rywalem Celticu w walce o mistrzostwo Szkocji. W Chorzowie zaś potwornej degradacji finansowej towarzyszy degradacja sportowa. Kiedy czytam składy drużyn, od Lubina po Wrocław, to wszędzie widzę wychowanków Ruchu. Oni wszyscy z Chorzowa odeszli (choćby Putnocky, Piech, Sadlok, Niezgoda), można by z nich stworzyć mocny I-ligowy (czyli ekstraklasowy) zespół. Będę w Chorzowie w październiku i powiem: ja się na was gniewam, chorzowianie. Jak miasto mogło do czegoś takiego dopuścić? Ruch to przecież część historii Polski, to klub powstańczy, o czym świadczą chociażby biało-niebieskie barwy (to barwy powstańcze), to klub, który przed wojną dostawał nagrody Ministerstwa Spraw Zagranicznych – jako jedyny wygrał 1:0 w Monachium z Bayernem.
Za to Śląsk, któremu Pan Profesor także kibicuje, wreszcie lokuje się w czubie ligowej tabeli.
– To zasługa trenera Lavicki, nie na darmo od dzieciństwa bardzo lubię Czechów i już za samo nazwisko mam do szkoleniowca Śląska ogromny sentyment.
Pan Profesor w znakomitej formie, choć już na emeryturze. Ale na brak zajęć narzekać Pan nie może.
– Dydaktycznie mam w zasadzie to samo, co miałem. Nie biorę jedynie nowych magistrantów, doktorantów, z chwilą przejścia na emeryturę przestałem po blisko dwudziestu latach pełnić funkcję dyrektora instytutu. Ale nadal siedzę w tym samym pokoju razem z moim następcą. Programy telewizyjne robię, z chłopcami, czyli z synem i wnukami w piłkę nożną gram, w czasie wakacji dużo jeżdżę na rowerze, tak że fizycznie czuję się bardzo dobrze, gorzej z psychiką. Trochę mnie, mówiąc językiem Jeremiego Przybory, smuteczki egzystencjalne dopadają związane z upływem czasu. Zrobiłem się smutniejszy.
To czego Panu Profesorowi życzyć?
– Żebym psychicznie był taki, jak fizycznie, żeby znowu można było mówić o mnie jako zawsze uśmiechniętym człowieku. Dzisiaj znajomi potrafią szczerze zapytać: a coś ty taki smutny? Ja to widzę na zdjęciach. Coś mnie takiego po skończeniu 70 lat dopadło. Sześćdziesiątka zupełnie mnie nie ruszyła, natomiast siedemdziesiątka trochę tak.
Waldemar
Niedźwiecki


źródło: SS nr 36


Proste pytanie: 1 + 4 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
advertisment
Najbliższe wydarzenia
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
advertisment