Komu parlament, komu?

2011-09-26 14:14:09


Za niecałe dwa tygodnie wybory parlamentarne (chciałem napisać: pójdziemy do urn, ale przecież wcale nie musimy iść, część z pewnością tego nie zrobi). Poznamy nazwiska wybrańców narodu – posłów i senatorów, którzy przez kolejne cztery lata będą nas bajerowali, obiecywali gruszki na wierzbie, odwracali kota ogonem. Wśród kandydatów na parlamentarzystów znajdują się znane postaci sportu, których twarz ma przyciągnąć wyborców do określonej formacji politycznej. Robią za kwiatki do kożucha, za małpki w zoo. Nie chce mi się wierzyć, że nie mają świadomości roli, jaką odgrywają. Co zatem nimi powoduje? Bo przecież nie chęć zrobienia kariery politycznej – ta zarezerwowana jest dla ludzi w partiach działających od dawna, zwłaszcza tych, którzy są najbliżej szefa i jego dworu. W wolnej Polsce na Wiejskiej znalazło się kilkanaście (a może nawet kilkadziesiąt) osób związanych ze sportem: byłych zawodników, czynnych trenerów, działaczy. Czego dokonali? Niczego, bo też nikt od nich wniesienia określonych wartości, sprzedania świeżych pomysłów nie oczekiwał. Byli jedynie – i nic się w tym względzie w nowym parlamencie nie zmieni – maszynką do głosowania. Często na „nie” w sprawach, o które mieli w parlamencie walczyć. Taka to partyjna rzeczywistość. Byli na Wiejskiej Lato, Kulej, Pietrzykowski, Piechniczek, Guzowska, Kosecki. Ten ostatni, sympatyczny skądinąd facet, przydał się jako czołowy piłkarz platformerskiej drużyny futbolowej, której kapitanował premier Tusk. Otwierał też wespół z czołowymi działaczami PO kompleksy Orlika. Nie słyszałem natomiast, by zasłynął z pracy stricte parlamentarnej (uczestniczył w tworzeniu ustaw, zadawał pytania, wnosił interpelacje). To jednak nie przeszkodzi „Kosie” w powtórnym staraniu się o głosy wyborców, wszak zasiadanie na Wiejskiej to niezła fucha. O fotel posła, czy senatora ubiegać się będą kolejni przedstawiciele tej dziedziny życia. Np. Władysław Kozakiewicz został maskotką (a raczej biorąc pod uwagę posturę: maskotą) PSL, mocna ekipa ludzi sportu wybiera się do parlamentu z Wrocławia: w barwach PSL-u wystąpią Rafał Kubacki i Włodzimierz Chlebosz, na ostatnim (sprytny zabieg) miejscu listy PO znalazł się Maciej Zieliński. Czyżby nagroda za opowiedzenie się za kojarzonym z ludźmi Platformy II-ligowym koszykarskim Śląskiem? Wierzę, że nie, choć „Zielony” specjalnie nie wyróżnił się aktywnością jako radny RM Wrocławia. Więc nie jestem pewien, czy ma w sobie dość ikry, by powalczyć na szczeblu centralnym. Ale nie tylko byli znani sportowcy czynią przymiarki do zasiadania w parlamencie. Podobne plany mają różnej maści działacze – polityczni, ale chętnie opowiadający o swojej sportowej pasji. W ostatnim numerze „Słowa Sportowego” znalazłem rozmowę z posłem na sejm ostatniej kadencji Michałem Jarosem. Pamiętam, jak tuż po wyborach r. 2007 deklarował chęć częstego dzielenia się z Czytelnikami wynikami prac Komisji Kultury Fizycznej i Sportu, której był członkiem. Spotkaliśmy się po raz pierwszy i ostatni. Tyle wyszło z owej deklaracji. Lekceważenie dziennikarza (a tym samym Czytelników), czy może ignorowanie osoby często piszącej niezbyt pochlebnie o władzy? Bo żadna władza tego nie lubi. Nie zamierzam jednak krytykować p. Jarosa dla samej krytyki, więcej: z przyjemnością napiszę pochlebny tekst każdorazowo, ilekroć poseł PO na to zasłuży (musi tylko chcieć się określoną wiedzą podzielić). Oby miało to miejsce jak najczęściej. Bo dobrego działania na rzecz sportu nigdy za wiele.

WALDEMAR
NIEDŹWIECKI


Proste pytanie: 7 + 8 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
advertisment