Dobijania żużla ciąg dalszy

2011-08-16 12:08:43


Światowy speedway drąży coraz większy kryzys. O tytuł „dorosłego” mistrza świata walczą weterani żużlowych torów (Hancock, Gollob, a i Crumpa trudno zaliczyć do młodzieniaszków), w kategorii juniorów – czy jak kto woli młodzieżowców – rządzą i dzielą Polacy, zaś reszta stanowi jedynie dodatek do naszej wewnętrznej rywalizacji. Dowód (o czym pisałem niedawno) to brak choćby jednego Angola w czternastce kandydatów do medali mistrzostw globu, obecność wśród nich tylko jednego Duńczyka i dwóch Szwedów, za to aż sześciu biało-czerwonych. Katastrofa! Następny syndrom recesji to coraz marniejsza frekwencja nie tylko na meczach o ligowe punkty, ale i w cyklu Grand Prix. Także w Polsce, co jeszcze niedawno uznane zostałoby za sygnał alarmowy.

Jednak granatowomarynarkowi z FIM, BSI, a także z Polskiego Związku Motorowego nie ustają w dorzynaniu tej dyscypliny, co jakiś czas fundując sympatykom żużla kolejne oryginalne – w niektórych przypadkach wyjątkowo bezczelne – pomysły. A więc zrobimy zawody GP np. w Argentynie czy w Azji, wprowadzimy „nowinki” techniczne (vide – tłumiki, co dają fiki-miki) nieakceptowane przez zawodników, zafundujemy stałe dzikie karty cieniasom, byle zachować równowagę geograficzną, albo zignorujemy przyjęte wcześniej, w przypadku naszego kraju w pełni uzasadnione, zasady dotyczące jednorazowych „dzikusów”. Rzecz najświeższa dotyczy Grand Prix w Toruniu, gdzie do występu szykował się zawodnik tamtejszego Unibaxu Adrian Miedziński. Miał prawo tego oczekiwać, zwłaszcza iż ostatnio prezentował wysoką formę. Ale FIM i BSI postanowiły przyznać dziką kartę… Australijczykowi Wardowi. To rzekomo inwestycja w przyszłość, próba odmłodzenia składu uczestników cyklu. W takim razie dlaczego nie postawiono na wrocławskiego juniora Maćka Janowskiego lub jednego z braci Pawlickich? Umiejętnościami „kangurowi” nie ustępują, więc argument o odświeżeniu stawki można o kant d… rozbić.

Najgorsze, iż niedawno dowiedzieliśmy się, że znaczący udział w dobijaniu polskiego (to niemal to samo, co światowego) żużla ma dożywotni – bo sprawuje swoją funkcję od niepamiętnych czasów i nic nie zapowiada zmian w tym względzie – prezes PZMot Andrzej Witkowski. Przehandlował jednorazowe polskie dzikie karty na jedną stałą dla Kołodzieja. Zapomniał tylko z kimkolwiek to skonsultować, ba, nawet o tym powiadomić. I teraz niech nikogo nie zdziwią łysiny na toruńskiej Moto Arenie, bo kibice „Aniołów” mieli nadzieję na występ ich pupila. To zaś oznaczałoby mniejsze wpływy do kasy organizatorów, którzy wyłożyli spory szmal z tytułu zakupu licencji na GP.

FIM i BSI bezczelnie doją tylko Polaków, bo przecież z Gorican czy Terenzano dostają ochłapy, a widzów (zresztą w większości naszych rodaków) tyle tam, co kot napłakał. Jeśli polskie miasta zrezygnują z organizacji imprez Grand Prix – mistrzostwa padną. Czy o to chodzi grabarzom speedwaya? Nawiasem mówiąc, nie lepiej postępują rodzimi działacze motocyklowi, niewyciągający wniosków z wieloletnich przykrych doświadczeń. To, co dzieje się z rozgrywkami ligowymi, woła o pomstę do nieba. Czyli może to nie przypadek, a świadoma działalność zmierzająca do uczynienia z żużla dyscypliny jeszcze bardziej niszowej, niż to ma obecnie miejsce? Niech na to odpowiedzą szefowie motorowej centrali, ludzie zawiadujący speedwayem w Głównej Komisji oraz w klubach. Bo kondukt pogrzebowy już się formuje.

WALDEMAR NIEDŹWIECKI


Proste pytanie: 3 + 7 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.