Błaszczykowski myślał o biletach

2012-06-25 16:09:46


Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Powierzenie organizacji finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej Polsce i Ukrainie (raz jeszcze serdeczne podziękowania dla Surkisa!) oznaczało, iż futboliści obu krajów mają zagwarantowany udział w jednej z największych, najbardziej prestiżowych imprez sportowych na świecie. Jak to ważne, przekonaliśmy się podczas pierwszej fazy finałowych rozgrywek. Bo z taką dyspozycją, jaką zaprezentowali podopieczni Franciszka Smudy, trudno by im było przejść eliminacje. Z prezentu jednak nie skorzystali i swój udział w Euro 2012 zakończyli na spotkaniach grupowych. A skoro padło nazwisko Smudy. Miał sytuację komfortową. Pełny spokój przez 2,5 roku, możliwość starannej selekcji, warunki przygotowań, jakich mogliby mu i jego kopaczom pozazdrościć przedstawiciele znacznie bogatszych, niż nasz, krajów. A podczas samego turnieju atmosfera, jakiej dotąd nie doświadczyliśmy, jako żywo przypominająca tę znaną z siatkarskich hal. Franz, zwany piłkarskim Dyzmą, nie sprawdził się w roli selekcjonera narodowej ekipy. Obejmując posadę obiecywał, że nie będą mieli miejsca w drużynie zawodnicy grzejący lawę w swoich klubach. Słowa nie dotrzymał. Nieobecny przez ponad rok w ligowej piłce Boenisch zagrał na Euro 2012 we wszystkich trzech spotkaniach, grający regularnie Wawrzyniak nie powąchał nawet futbolówki, drugim bramkarzem był (choć z powodu kontuzji tuż przed mistrzostwami musiał pożegnać się z zespołem) Fabiański, wielki nieobecny – za sprawą Szczęsnego – w Arsenalu. Podczas mistrzostw Smuda sprawiał wrażenie zagubionego, niezdolnego do podejmowania racjonalnych decyzji, panicznie bojącego się ryzyka. Nie reagował na coraz mocniejsze objawy słabości piłkarzy podczas meczu z Grecją, nie potrafił dostosować taktyki do zmieniającej się na niekorzyść sytuacji w trakcie konfrontacji z Czechami. I do dziś nie wiemy, dlaczego zawodnicy mieli siły na maksymalnie 45 minut (wyjątek – mecz z Rosją) – byli „zajechani”, czy wręcz przeciwnie, nieprzygotowani na wysiłek przez pełne 90 minut? Do Smudy nie docierały żadne argumenty. Stwierdził, iż nie ulegnie sugestiom, że najlepiej wie, co trzeba robić. Nie wiedział. Mecz życia z Czechami w jego najważniejszej fazie ośmieszył polski zespół. Tak bezradnego, otumanionego Piszczka jeszcze nie widziałem. Walczący (to chyba za duże słowo) samotnie z przodu Lewandowski szybko zniechęcił się – a właściwie został zniechęcony przez solidnych czeskich defensorów – do aktywniejszej gry, Murawski walił klopsa za klopsem, a mimo to pozostawał na placu gry, zaś Błaszczykowski sprawiał wrażenie, jakby bez reszty pochłaniała go ulubiona woda „Boss Bottled. Night” oraz myślenie o biletach, których futboliści otrzymali za mało dla własnych potrzeb i premiach. Okazało się, że biletów było do wiwatu (8-10 na poszczególne mecze dla każdego z piłkarzy), a i premie za kiepski występ czekają na naszych milusińskich. W innych drużynach nie przewidziano gratyfikacji za remisy, ba, nawet za wyjście z grupy. Dlatego powinno być wstyd Błaszczykowskiemu, iż targował się o 5 tysięcy euro, kiedy zarabia (jego koledzy niewiele mniej) w klubie setki tysiaków tej waluty. Po meczu z Czechami wielu kibiców nie potrafiło ukryć rozczarowania. Świadczyły o tym wypowiedzi choćby ludzi kultury, którzy od lat są blisko futbolu. Lider T.LOVE Muniek Staszczyk: „Spotkanie z Czechami należy skwitować w trzech słowach: wstyd, obciach, żenada. Nie widziałem na boisku żadnego serca i pasji, tylko kompromitującą nieskuteczność i szereg wpadek taktycznych”. Znany reżyser Janusz Zaorski: „Nikt tak naprawdę do końca nie wierzył, że pomimo tak słabej grupy nie awansujemy do ćwierćfinału. Nie widziałem żadnego specjalnego zaangażowania zawodników, pewności siebie. Po prostu nie zasłużyliśmy na awans” (za magazynem „Przeglądu Sportowego”). W warstwie czysto sportowej przegraliśmy, ale jako kraj ludzi gościnnych, przyjaznych, otwartych odnieśliśmy zwycięstwo. Dlatego wątpliwości co do tego, czy powinniśmy Euro 2012 organizować uważam za nieporozumienie. To było (jeszcze jest) bardzo znaczące wydarzenie – nie tylko sportowe – w historii naszego kraju. Piłkarze zamienią teraz pięciogwiazdkowe hotele na… inne pięciogwiazdkowe. Zmęczyli się trzema meczami, muszą zatem odpocząć, bo niedługo czeka ich kolejny sezon ligowy i eliminacje do mistrzostw świata w Brazylii. Czy 10 biletów na mecz z Mołdawią polskim kopaczom wystarczy? I jakie premie ich zadowolą? Bo kibiców zadowoli awans do finałów brazylijskiego mundialu. Awans wywalczony w walce, po spotkaniach, w których wyprują płuca i zostawią serce na boisku. Czy następca Smudy potrafi ich do tego przekonać?

Waldemar
Niedźwiecki


Proste pytanie: 0 + 1 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.
advertisment