Mądrze inwestować - łatwo powiedzieć... 05.10.2009r.
Jakiś czas temu w tej samej rubryce pisałem o inwestycjach sportowych, głównie, choć nie tylko, tych, które mają być realizowane na Dolnym Śląsku. Co się zmieniło w ciągu kilku miesięcy, że postanowiłem raz jeszcze zabrać głos w tej sprawie? Ano to, że w większości przypadków słowo "mają" trzeba zmienić na "miały", bowiem ich powstanie odłożono na termin bliżej nieokreślony, być może na zawsze, co nie pozostało bez wpływu na rozwój, a nawet przetrwanie, określonych dyscyplin. Ale też niektóre z obiektów oddanych do użytku nie spełniają kryteriów wyznaczanych dla takich inwestycji, co czyni je mniej atrakcyjnymi, niż mogłoby się wydawać. Mam na myśli m.in. nowoczesną, mieszczącą ok. 12-13 (a podobno nawet więcej) tys. widzów halę w Łodzi, arenę rozgrywek decydujących o wejściu do ćwierćfinałów ME w koszykówce mężczyzn oraz siatkarskich ME w piłce siatkowej kobiet. Na potężne sektory wyznaczono tam toalety po jednej dla płci obojga, a na parkingu przed imponującym rozmiarami obiektem może zmieścić się kilka autobusów i nic ponad to. A że hala znajduje się przy ruchliwej jezdni, o zostawieniu tam pojazdu nie można nawet pomarzyć. Ale lepszy rydz, niż nic. Nie ma takiej hali, nawet w przybliżeniu, Kraków, tym bardziej nie ma stolica kraju, gdzie za reprezentacyjny obiekt robi Torwar, co warszawiaków totalnie kompromituje. Jakoś trzyma się katowicki Spodek, nieźle ma się odnowiona poznańska Arena, a Wrocław niezmiennie dziękuje Maksowi Bergowi, dzięki któremu stolica Dolnego Śląska jest dumna ze swojej Jahrhuderthalle. Chciałbym wszelako przypomnieć, że władze Wrocławia planowały ongiś wybudowanie wielofunkcyjnego obiektu o pojemności ok. 15 tys. miejsc (taki plan zdradził przed laty dyr. Rafał Guzowski z UM). Ale to już nie w najbliższym pięćdziesięcioleciu. Nic nie słyszałem, by stolica kraju wreszcie zafundowała sobie halę z prawdziwego zdarzenia (pod tym względem ustępuje chyba nawet Tiranie), zarzucono aktualny jeszcze przed rokiem plan budowy porządnego basenu, straszy się jedynie lekkoatletycznymi Orlikami. Grunt to dobra propaganda. Pani prezydent Warszawy woli przeznaczyć przeogromną kasę (kilkaset milionów złotych) na stadion piłkarski Legii, należącej do właścicieli koncernu ITI. Tylko po co, skoro w związku z Euro 2012 powstaje imponujący Stadion Narodowy? Byłbym rad poznać odpowiedź na to pytanie. Wróćmy jednak na wrocławskie poletko. Centra sportowo-rekreacyjne, nad którymi pieczę powierzono MCS, w najbliższym czasie, wbrew szumnym zapowiedziom prominentnych postaci, nie powstaną. I nie ma w tym najmniejszej winy szefów MCS. Nie będzie remontu toru żużlowego, nie powstanie boisko do hokeja na trawie, co - wspominałem o tym w jednym z felietonów - prawdopodobnie oznaczać będzie pogrzeb tej dyscypliny we Wrocławiu. Nie słyszałem o budowie 50-m basenu w mieście, z którego wywodził się pierwszy powojenny polski rekordzista świata w pływaniu. Trwają za to poważne przymiarki do postawienia na tzw. Gliniankach wyciągarki dla narciarzy wodnych (ale będą mogli się rozpędzić!) za jedyne 5 mln zł oraz - wiadomo, Wrocław górską stolicą Polski - wybudowania stoku narciarskiego niemal w centrum miasta (koszt zapewne niewiele mniejszy od tego "wyciągowego"). Jak szaleć, to szaleć! Zapewne jeszcze nieraz zostaniemy zaskoczeni rewolucyjnymi - nie rewelacyjnymi - pomysłami miejskich decydentów odnośnie sportowych inwestycji. Biorąc pod uwagę ich "ogromne zaangażowanie" w promowanie tej dziedziny życia, może okazać się, że za chwilę nie będzie już potrzeby budowy czegokolwiek. Dlatego chciałbym przypomnieć, iż czekają nas kolejne wybory, także lokalne. I zaprezentowanie się przy boku mistrzów to standardowe działanie, mające pokazać ludzkie oblicze polityków. Szkoda, że o swojej powinności przypominają sobie tylko przy takich okazjach.
WALDEMAR
NIEDŹWIECKI
Morale w sporcie -
relikt minionych czasów?
Dni Olimpijczyka na Dolnym Śląsku Regionalna Rada Olimpijska postanowiła święcić wespół z Uniwersytetem Wrocławskim. I to święcić w sposób może trochę nietypowy, ale za to bardzo pożyteczny. Akademicki działacz sportowy "bez przydziału" Waldemar Pasikowski rzucił pomysł, by zorganizować debatę traktującą o morale i wartościach w sporcie, w pełni zaakceptowany przez szefującego RRO Mieczysława Łopatkę (któż z kibiców nie zna tego nazwiska?). Ideę poparł rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Marek Bojarski, przyjął nad debatą patronat, a także zaangażował się w zaproszenie naukowych autorytetów. I autorytety nie zawiodły. Zawiedli natomiast ci, od których dziś, ale też jutro wrocławskiego (w przypadku marszałka województwa - dolnośląskiego) sportu zależy. Wszak to prezydent i marszałek rozdzielają kasę na tę dziedzinę życia, a bez niej o wyczynie nawet w skali lokalnej nic się nie da zrobić. Dystrybucja pieniędzy przeznaczonych na sport we Wrocławiu to gorący w ostatnich latach temat. Większość oburza - pisaliśmy o tym na naszych łamach wielokrotnie - iście królewskie traktowanie piłki nożnej kosztem pozostałych dyscyplin, nawet tych, których przedstawiciele zdobywają olimpijskie medale. Wódz miasta i jego urzędnicy nie dostrzegają piłki ręcznej (płci obojga), żeńskiej koszykówki, obu siatkówek, ale i wioślarstwa, zapasów, judo, szermierki. Więc młodzi ludzie odchodzą od sportu, który nie tylko rozwija fizycznie, ale i wychowuje, kształtuje - a przynajmniej powinien - określone postawy młodzieży, jej morale. A z tym jest, niestety, coraz gorzej. Mówił o tym podczas wspomnianej debaty prof. Jan Miodek, jeszcze mocniej podkreślał znaczenie sportu w życiu społeczeństwa, jak również w promowaniu miasta, regionu, wreszcie kraju inny ze zdeklarowanych kibiców prof. Leon Kieres. Senator PO martwił się tym, iż sport stał się przedmiotem rozgrywek politycznych, że o jego niekwestionowanych wartościach decydenci przypominają sobie dopiero tuż przed wyborami do... (parlamentu, europarlamentu, organów samorządowych wszelkiej maści - niepotrzebne skreślić). W innym czasie nie uświadczysz ich ani na stadionach, ani w halach, ani na debatach podobnych do tej, która miała miejsce w sali uniwersyteckiego senatu. Do najaktywniejszych uczestników spotkania należał dyrektor Biura Sportu, Turystyki i Rekreacji UM Adam Stocki (zresztą przypędził na Uniwersytet prosto z innej debaty na AWF, podczas której prezentował swoje przemyślenia nt. sportu dzieci i młodzieży). Ale do tego ludzie związani z wrocławskim sportem zdążyli się przyzwyczaić. Jeśli prezydent Dutkiewicz sądzi, że w ten sposób został ze swojej (albo przynajmniej jednego ze swoich zastępców) nieobecności rozgrzeszony, jest w błędzie. Bo dyr. Stocki i tak na debacie by się zjawił. A o morale i wartościach w sporcie zapewne prezydent miałby co nieco do powiedzenia. Może jednak wolał uniknąć kłopotliwych pytań i deklaracji bez pokrycia. Te pytania jednak padną, bo już teraz słychać je często nie tylko w środowisku ludzi sportu. A być może morale w tej dziedzinie życia to relikt przeszłości? Bo przecież wszechwładny szmal, bo niedozwolone wspomaganie (czyli po prostu doping), bo sportowy wyścig szczurów, gigantyczna korupcja. Kto w takim pozbawionym skrupułów świecie zaprzątałby sobie głowę jakimiś wartościami. I tak na koniec. Podobno powrót koszykarskiego Śląska jest tuż, tuż (szmal przygotowany, potrzeba jedynie akceptacji, zgadnijcie Drodzy Czytelnicy - kogo?). Prezes Waśniewski będzie zarządzał dwoma ekipami. Życzę piłkarzom i koszykarzom Śląska jak najlepiej. Ale obawiam się, że w tej sytuacji dla przedstawicieli innych dyscyplin nie zostanie nawet przysłowiowy grosz (chyba, że na żużel - na wskroś prywatny). Już zaczynam się bać.
**
Euro 2012 - a jednak Wrocław zagrożony?
Michel Platini potwierdza opinię faceta nieodgadnionego. Potwierdza, bowiem za takowego uchodził jako piłkarz - wybitny, nie ulega wątpliwości, dyrygujący grą drużyn klubowej i narodowej, a także mistrz rzutów, czy raczej kopów, wolnych. Takim też jawi się obecnie, pełniąc prestiżową, odpowiedzialną funkcję sternika europejskiego futbolu. Pytany o ostateczne decyzje związane z Euro 2012 tylko uśmiecha się tajemniczo, przypominając swego sławnego rodaka, wybitnego mima Marcela Marceau. Chodzi przede wszystkim o wskazanie miast organizatorów Euro, zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej. Niby wszystko było rozstrzygnięte, poznaliśmy nazwy miast głównych i tzw. rezerwowych, ale okazuje się, że te opowiastki można między bajki włożyć. Oto są przymiarki do różnych scenariuszy. Pierwszy gwarantował mecze na czterech stadionach w Polsce i tyluż na Ukrainie. I to stadionach w konkretnych miastach. Kolejne scenariusze dopuszczały - i nadal dopuszczają - korekty. Pięć polskich stadionów i trzy ukraińskie, a nawet (mniej prawdopodobne) sześć po naszej stronie i dwa u naszych wschodnich sąsiadów. Gdyby pozostało po staremu, wcale nie oznacza to, że Gdańsk, Poznań i Wrocław (Warszawa jest poza dyskusją) mają Euro zaklepane. Zwłaszcza że Platini, nie wyjaśniając, co ma na myśli, stwierdził, iż w Polsce i na Ukrainie widoczny jest kryzys. Gdzie najbardziej? Tego szef UEFA nie zdradził, nawet po kolacji w restauracji Dom Polski, która zrobiła na nim duże wrażenie. Tak duże, iż wolał nie zapoznać się osobiście z arenami Euro w innych, poza Warszawą, miastach. To zadanie zlecił już wcześniej Davidowi Taylorowi, który m. in. nie krył zachwytów nad kandydaturą Krakowa. Czyim kosztem gród Kraka miałby wejść na listę organizatorów mistrzostw? Nie Gdańska (nikt tego nie zrobi Tuskowi), nie Poznania (choć takie rozwiązanie sugerowano, ale ponoć lobbing Bońka u przyjaciela Platinego to gwarancja pozostania stolicy Wielkopolski w grze), a... Wrocławia. Już wcześniej anonsowałem możliwość takiego rozwiązania, jednak prezydent Dutkiewicz i jego przyboczni ani przez moment nie brali tego pod uwagę. Ba, kilkanaście dni temu, w przeddzień wizyty delegacji UEFA, w obecności kamer telewizyjnych i fotoreporterów, prezydent Wrocławia uśmiechnięty od ucha do ucha ujeżdżał spychacz na terenie przyszłej areny mistrzostw. Fotka zajęła niemal całą tytułową stronę w "Gazecie Wrocławskiej - Polska". "Jesteśmy przygotowani" - zdawał się mówić Dutkiewicz. Tylko, czy Platini i s-ka widzieli to zdjęcie? Wszystko rozstrzygnie się 13 maja. Dla kogo trzynastka będzie pechowa? - okaże się już za 16 dni. Jako wrocławianin z krwi i kości trzymać będę kciuki za moje miasto. Trudno mi sobie wyobrazić, co stałoby się w razie niekorzystnej dla stolicy Dolnego Śląska decyzji. Co wówczas z arcydrogim stadionem na Maślicach, co z budową wielkiego Śląska przez Solorza? Minister sportu stwierdził niedawno, że przy podejmowaniu decyzji przez europejską centralę decydować będą twarde fakty i reguły. Podobno apelował do Platiniego, by wybrać miasta gwarantujące zdecydowanie najlepsze przeprowadzenie imprezy. Czy pan minister wie, kogo należy obdarzyć zaufaniem? Czy na jego prywatnej liście znajduje się Wrocław?
WALDEMAR NIEDŹWIECKI
**
Czy Polak zawsze potrafi?
Przyznanie Polsce - do spółki z Ukrainą - organizacji finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej miało być początkiem naszej sportowej ofensywy organizacyjnej. Od przedstawicieli kopanej nie chcieli być gorsi działacze siatkówki i koszykówki, dzięki czemu w tym roku zawitają do nas czempionaty Starego Kontynentu w tych dyscyplinach (męska odmiana basketu i żeńska piłki siatkowej). Szefowie PZKosz i PZPS zapewniali, że będą to mistrzostwa niezapomniane, perfekcyjnie zorganizowane, rozgrywane w imponujących, jak na nasze warunki, obiektach, w pełni zabezpieczone od strony finansowej. Czy rzeczywiście nie ma się o co martwić? Ano, jest. Pierwsze problemy pojawiły się wraz z opóźnieniami dotyczącymi oddania na czas budowanych pod tym kątem hal oraz modernizacją obiektów już gotowych. Zmartwienia mają zarządzający wrocławską Halą Stulecia - na czas nie uda się wymienić zmurszałych okien, a i z innymi elementami wymagającymi odrestaurowania może się nie udać. A przecież to właśnie w tej hali polscy koszykarze święcili największy triumf w historii rodzimego basketu, zdobywając przed 46 laty tytuł wicemistrzów Europy. To do czegoś zobowiązuje. Jeszcze większą wpadkę zanotowali włodarze Trójmiasta. Miała być piękna hala na granicy Gdańska i Sopotu, a w telewizji wielokrotnie pokazywano, jak obiekt rośnie w oczach. Ale nie wyrósł. Dlatego mecze odbywać się będą w Olivii, o której wiadomo, że nie nadaje się obecnie do niczego. Kiepsko prezentują się także inne budowle z czasów realnego socjalizmu, więc znowu zmuszeni będziemy do chwalenia się katowickim Spodkiem, być może nową halą w Łodzi. Słychać też o problemach z finansami, wbrew zapewnieniom kuleje promocja imprezy, choć podobno powierzono ją profesjonalistom. Nie lepiej jest z finałami siatkarskimi, co szczególnie zaskakuje, biorąc pod uwagę wręcz mityczne postrzeganie działalności PZPS. "Kasa, misiu, kasa" - wołają lokalni funkcjonariusze siatkarscy, bo kasy brakuje, a władze samorządowe zdają się tym specjalnie nie przejmować. Znane jest powiedzenie: "Polak potrafi", ale okazuje się, że przestaje być aktualne. Bo wydarzenia związane z powstawaniem aren na piłkarskie Euro 2012 w pełni ową tezę potwierdzają. Kompromitująca "pomyłka" budowlana w Poznaniu czy perturbacje dotyczące przetargu oraz gigantycznych kosztów wzniesienia stadionu we Wrocławiu to kolejny, groźny sygnał o niekompetencji i totalnej beztrosce lokalnych działaczy. Ale katastrofa może dopiero nastąpić. Wystarczy, by Platini i s-ka uznali, iż lepiej zorganizować rozgrywki grupowe w Krakowie lub Chorzowie, zamiast we Wrocławiu. Co wówczas z horrendalnie drogim stadionem na Maślicach? Dlatego trzeba skończyć z picowaniem i autopromocją i zadbać o to, by i turniej siatkarski, i koszykarskie Euro 2009, i wreszcie piłkarskie Euro 2012 przyniosły miastu wyłącznie splendor. Dobrze byłoby wspomniane hasło zmodyfikować, przerobić na: wrocławianin potrafi. Bo zaczynam w to powoli wątpić.
**
Nowy order: Budowniczy Stadionu Euro 2012
Musieliśmy nieco poczekać na moment, kiedy w kapitalizmie zatriumfuje gospodarka socjalistyczna. Potrzebna do tego była decyzja władz UEFA o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji finałów mistrzostw Europy "Euro 2012". Zostawmy na boku problemy naszych wschodnich sąsiadów, przyjrzyjmy się decyzjom i działaniom osób oraz instytucji odpowiedzialnych za zorganizowanie tej prestiżowej imprezy w Rzeczypospolitej. Już następnego dnia po ogłoszeniu przez Michela Platiniego historycznego werdyktu centrali europejskiego futbolu w miastach "głównych" i rezerwowych powołano najprzeróżniejsze spółki i komitety z zarządami, radami nadzorczymi, koordynatorami. Powstały biura, a w nich znalazły miejsce dziesiątki nieźle opłacanych ludzi, podobno za coś odpowiedzialnych. A to za budowę (lub rozbudowę) stadionów, a to za towarzyszącą im - i nie tylko - infrastrukturę, a to za modernizację układu komunikacyjnego i portów lotniczych, czy przygotowanie odpowiedniej, czyli wysokiej klasy bazy hotelowej. Entuzjazm wygasał wraz z pojawieniem się pierwszych kłopotów i dość szybko tracił na rozpędzie. Powoli rezygnowano z określonych przedsięwzięć, znajdując usprawiedliwienie w ogólnoświatowym kryzysie, choć zaczął się on niemal rok po ogłoszeniu Polski i Ukrainy gospodarzami Euro 2012. Ale czarodzieje z Ministerstwa Sportu, PZPN oraz spółki (czy raczej spółek - wszak mają one swoje mutacje w terenie) Euro 2012 przekonywali i nadal przekonują durne - jak im się zapewne wydaje - społeczeństwo, że wszystko gra. Ba, pewne inwestycje wykonywane są przed terminem, choć trudno się o tym namacalnie przekonać. I tu właśnie mamy do czynienia z elementami gospodarki socjalistycznej - wylęgiem współczesnych Birkutów, co to zrobią 300 procent normy i zawsze przed terminem. Klinicznym przykładem jest oszałamiające tempo budowy lub modernizacji stadionów na Euro 2012. W stolicy kraju już zakończono "palowanie" terenu - miesiąc przed terminem. Szefowi spółki Narodowe Centrum Sportu to jednak nie imponuje. Chce jeszcze dołożyć do pieca, więc odkupił od innej spółki (tej od palowania) Pol-Aqua płot. Dzięki temu, jak zapewnia pan Kapler - jeden z tych młodych, zdolnych menedżerów, o których mówił min. Drzewiecki - wykonawca głównych prac nie będzie tracił czasu na ponowne grodzenie terenu. Ten to ma łeb! Wiadomo, postawienie płotu to gwarancja sukcesu. Na racjonalizatorski pomysł wpadli też w Poznaniu. Najkrócej można to określić słowami reklamy popularnego szamponu: wash and go, czyli dwa w jednym. Modernizację (rozbudowę) stadionu przy Bułgarskiej połączono z budową autostrady. Niemożliwe? A jednak. W stolicy Pyrlandii powstała trybuna, która miała się zejść z inną, ale się nie zeszła. Więc doczekaliśmy się nieoczekiwanie kawałka autostrady (tej do Wrocławia?). Co tam, felerną trybunę wyburzono i powstaje nowa. Czy ostatnia - to się okaże. Wszak najlepsza jest metoda prób i błędów. Znakomicie to rozumie minister Drzewiecki (cytat z felietonu red. Fąfary w "Rz"): "Gdy coś się robi po raz pierwszy, mogą się zdarzyć podobne sytuacje". Mniemam, że budowniczowie w Gdańsku i Wrocławiu porozumieli się ze swoimi kolegami z Poznania i w ten sposób unikną trybunowych mijanek. Byłoby to nader wskazane, zważywszy na orientacyjne koszty budowy stadionów w obu miastach. Zresztą blisko 600 baniek w Gdańsku i miliard w środę, miliard w sobotę we Wrocławiu gospodarki światowej na skraj bankructwa nie doprowadzą. Wprawdzie w stolicy (to już kolejna) Dolnego Śląska członkowie spółek i zarządów oraz koordynatorzy jeszcze do końca nie pokazali pełni swoich możliwości, ale zapewne wątku poznańskiego nie powtórzą. Ich stać na własne, oryginalne pomysły. Dlatego z nagradzaniem osób odpowiedzialnych za Euro 2012 orderem "Budowniczego Euro" jeszcze się wstrzymajmy. Muszą sobie na to solidnie zapracować. Najlepsze dopiero przed nimi.
Parlamentarni nieudacznicy sportowymi szkodnikami
Trudno sobie wyobrazić sport bez mediów. Zwłaszcza, przy całym szacunku dla prasy i radia, bez telewizji. Bo to właśnie dzięki niej kibice (stanowią pokaźny procent każdego społeczeństwa) mogą śledzić przebieg najciekawszych światowych wydarzeń, z igrzyskami olimpijskimi i mistrzostwami świata w najpopularniejszych dyscyplinach włącznie. Ale uczestniczą też w mniej prestiżowych imprezach, akcjach promujących zdrowy tryb życia, sport przez małe "s" (wiejski, amatorski, akademicki, szkolny itd.). O ile o przekaz z tych pierwszych (za wyjątkiem igrzysk, dotąd zastrzeżonych dla tv publicznej) od kilku lat, czyli od kiedy pojawiły się telewizje komercyjne, z różnym powodzeniem walczą TVP, Polsat i TVN, o tyle przebieg tych drugich interesuje głównie telewizję publiczną. A wszystko dlatego, że ma ona do wypełnienia tzw. misję publiczną, której sport był dotąd częścią składową i to częścią niepoślednią. Gdyby ktoś miał wątpliwości, odsyłam do art. 21 ustawy o radiofonii i telewizji; jego zapis jest czytelny nawet dla upośledzonego intelektualnie. Ale na realizację zadań misyjnych szły środki m. in. z abonamentu. Nowa ustawa medialna ów abonament likwiduje, zastępując go dotacją z budżetu w wysokości 800 milionów zł rocznie, przekazywaną przez Fundusz Zadań Publicznych. Tyle że wśród owych zadań publicznych trudno w ustawie szukać transmisji widowisk sportowych. Jest za to wspieranie budowy społeczeństwa obywatelskiego czy też ukazywanie bogactwa współczesnej kultury europejskiej i światowej. Sport także zniknął ze wspomnianego art. 21 ustawy o radiofonii i telewizji. Przeoczenie czy celowe działanie? Już wcześniej okazało się, że ważni funkcjonariusze partyjni (Chlebowski z PO i Szmajdziński z SLD) nie znają treści nowej ustawy. Więc co negocjowali? Odpolitycznienie TVP? Realizowanie przez nią misji publicznej, rzekomo dotąd niezrealizowanej? Koń by się uśmiał. Skoro w tej materii doradzali Kwiatkowski i Dworak, to rzeczywiście będziemy mieli odpolitycznienie i misyjność. Rodzimi parlamentarzyści po raz kolejny (ulubione słowo pewnego wicemarszałka z PO pod adresem Kaczyńskich) okazali się szkodnikami, a pozbawiona wyobraźni i kompetencji przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu Śledzińska-Katarasińska wykazała się charakterystyczną dla niej ignorancją, oświadczając: "Rządzą prawa rynku. TVP nie będzie w żaden sposób uprzywilejowana, ponieważ działa na takich samych zasadach, jak każdy inny nadawca". Więc niech o rynek sportu walczy z konkurencją. Tyle że konkurencji kompletnie nie interesują niszowe (ze względu na tzw. oglądalność, co ma przełożenie na rynek reklamy) dla niej dyscypliny: szermierka, wioślarstwo, kajakarstwo. Czyli te, w których odnosimy ogromne sukcesy (medale olimpijskie, mistrzostw świata i Europy). Do nich jeszcze kilka miesięcy temu należały biegi narciarskie, a TVP konsekwentnie je pokazywała i doczekaliśmy się sportowego geniusza, czyli Justyny Kowalczyk. A sukcesy takich postaci to fantastyczny wzór do naśladowania dla młodego pokolenia. Na dodatek - promocja postaw patriotycznych. Za taką trudno zaś uznać "wyczyny" wielu parlamentarzystów, z lubością potem seryjnie tworzących buble prawne. Filozofii myślenia p. Śledzińskiej-Katarasińskiej absolutnie nie podziela jej partyjny kolega, minister sportu Mirosław Drzewiecki, który określił ją krótko: "To katastrofa". I dodaje: "Ten zapis musi zostać zmieniony". Więc kto się z kim konsultował, kto podejmował decyzje, jeśli nawet jeden z najbardziej zaufanych ludzi premiera Tuska jest zapisami ustawy zaskoczony, wręcz zszokowany. A senator PO (wypowiedź z "Rzeczypospolitej"), wieloletni ceniony dziennikarz i działacz sportowy, Andrzej Person tak skomentował pomysł wykreślenia sportu z misji publicznej: "Jeśli tak się rzeczywiście stanie, to będzie skandal". Miejmy nadzieję, że do niego nie dojdzie, że parlamentarni szkodnicy pukną się w głowy i w komisjach wyprostują to, co wykoślawili twórcy ustawy.
***
Co tam, panie, w Federacji?
Mordowanie sportu na szczeblu centralnym nie ustaje. Przedstawiciele krajowych związków pomstują na ministerialne pomysły, cięcia finansowe zostały dokonane "po uważaniu", sport dzieci i młodzieży - czyli podstawa piramidy - kuleje jak nigdy dotąd, a podsekretarz stanu Giersz (Andrzej Grubba w grobie się przewraca) doprowadza do szału działaczy w terenie. Chciałoby się rzec, że to broszka tych, którzy okupują najważniejsze stołki w Warszawie, ale przecież decyzje resortowych geniuszy mają bezpośrednie przełożenie na to, co dzieje się we Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu czy Gdańsku. A dzieje się niezbyt dobrze. Byłoby lżej na sercu, gdyby lokalni decydenci, miast uprawiać politykę, zajmowali się tym, co do nich należy. Niestety, jest inaczej - w instytucjach odpowiedzialnych za rozwój szeroko pojętego sportu dominuje właśnie polityka, niekoniecznie przez duże "P". I tak oto trafiamy do Dolnośląskiej Federacji Sportu, o której ostatnio nieco zapomnieliśmy. Wydarzenia ostatnich tygodni zmusiły nas jednak do tego, by się królestwem dyrektora Arkadiusza Zagrodnika ponownie zainteresować. To efekt "przecieków" z Federacji płynących i głosów zaniepokojenia (a nawet oburzenia) prezesów wielu dolnośląskich związków. Wszystko dlatego, że sprawy merytoryczne schodzą na dalszy plan, a aktywność federacyjnych decydentów (bo nie chodzi wyłącznie o dyrektora Zagrodnika, ale również jego przełożonych z Urzędu Marszałkowskiego) sprowadza się do kadrowo-finansowych zawirowań. Na podstawie licznych rozmów, które miałem okazję przeprowadzić, mógłbym (może fałszywie?) skrót DFS rozwinąć nie jako Dolnośląską Federację Sportu, a Dają Forsę Swoim. Myślę, że niedługo trzeba będzie czekać bądź na potwierdzenie tej tezy, bądź jej zaprzeczenie. Byłoby fajnie, gdyby przeważyło to drugie, ale moi dyskutanci do oszołomów i zadymiarzy nie należą, więc... Jak bumerang powraca sprawa konkursowych rozstrzygnięć na stanowisko dyrektora biura DFS. Faworytem środowiska był Grzegorz Widanka, zaś najlepszymi papierami mógł się pochwalić Piotr Ledwoń. Żaden z nich nie wygrał, bowiem - o czym "Słowo Sportowe" donosiło na 3 tygodnie przed rozstrzygnięciem - Zagrodnik był już dawno klepnięty. I nie zdecydowały wyłącznie sentymenty polityczne, bo Ledwoń należy (a może już nie, do czego chcieli go nakłonić partyjni przełożeni) do PO, więc rozstrzygnął raczej układ towarzyski. A Widance - chcąc ułagodzić środowisko sportowe - obiecano funkcję zastępcy dyrektora ds. sportu. Czy nim zostanie? Zobaczymy. Za absolutnie nierozsądne uważa się zwolnienie ze stanowiska szefa szkolenia dra Jacka Stodułki. Oficjalnie to pracownik naukowo-dydaktyczny wrocławskiej AWF sam zrezygnował z pracy w Federacji, ale został postawiony pod ścianą. Nowa umowa zawierała bowiem zapis o konieczności codziennej obecności szefa szkolenia w DFS przez ok. 5 godzin. Jakby najważniejszy był ogląd zza biurka. Stodułka nie zamierzał rezygnować z pracy na uczelni, więc spasował. Przyznaje, że otrzymywał godne wynagrodzenie, na co teraz załapie się jego następca. I zapewne o to właśnie chodziło. Fucha dla swojego, niekoniecznie nadającego się do tej roboty. A Stodułka był człowiekiem dla Federacji w pewnym sensie bezcennym. Stanowił coś w rodzaju łącznika pomiędzy związkami a sportową uczelnią zapewniającą stały dostęp do wiedzy, badań, urządzeń - jest ponadto szkoleniowcem z prawdziwego zdarzenia, więc nikt nie zarzuci mu braków warsztatowych. To widać za mało. Ale Stodułkę zatrudnił jeszcze Włodzimierz Moska. A to przecież nie nasz. Oby nie skończyło się to wielką czkawką. Wpadający, jak po ogień, prezes DFS Marek Skorupa (wiadomo - obowiązki poselskie najważniejsze) nie potrzebuje już doradztwa Mirosława Glapy, mającego sprawy federacyjne w małym palcu. A inni niezbyt się kwapią do pracy, o czym świadczy marna frekwencja na poniedziałkowych posiedzeniach prezydium. Ponadto po budynku krążą ploteczki o rychłych zwolnieniach - więc może najciekawsze rozstrzygnięcia dopiero przed nami. Zwłaszcza, że sytuacja finansowa Federacji (do czego powrócimy w niedługim czasie) ponoć grozi katastrofą. Co bardziej uznałbym za chwyt propagandowy, niż stwierdzenie stanu faktycznego. Pożyjemy, zobaczymy.
***
Właściwi ludzie na właściwym miejscu
Ekstraklasa koszykarzy bez wrocławskiego Śląska? Jeszcze kilka miesięcy temu ktoś tak prorokujący uważany byłby za niespełna rozumu. Pamiętam, jak legenda polskiego basketu, Mieczysław Łopatka mówił mi, kiedy prezentowałem taki czarny, wydawałoby się, scenariusz, iż to niemożliwe, że w ostatniej chwili znajdzie się ktoś, kto drużynę od skasowania uratuje, że w najgorszym razie pomoże miasto. Bo skoro zaangażowało spory kapitał w piłkę nożną, jeszcze nieco dołoży, by zespół 17-krotnego mistrza kraju uniknął najgorszego. Zły sen ziścił się jednak i dziś próżno szukać Śląska wśród najlepszych polskich drużyn klubowych, na dodatek w lidze, której poziom daleki jest od choćby średniej europejskiej. A przecież jeszcze tak niedawno wrocławianie rządzili i dzielili w rodzimej ekstraklasie. O Śląskowej koszykówce pomyślałem sobie przy okazji... Biegu Piastów. Tak, to nie pomyłka. O wielkim baskecie we Wrocławiu przypomniała mi osoba wręczająca nagrody najlepszym zawodnikom w biegu na 50 km. To wicepremier rządu RP, Grzegorz Schetyna. Postać kontrowersyjna, mająca tyle samo przyjaciół, co wrogów. Ale nawet ci ostatni przyznają, że Schetyna to facet z wyobraźnią, charakterem, do bólu konsekwentny, uparcie dążący do wyznaczonego celu. Na dodatek nieznoszący porażek, czyli w sam raz do budowania sukcesu, także w sporcie. Schetyna przejmował koszykarski Śląsk w trudnym momencie. Zespół był w rozsypce, bunt zawodników groził katastrofą. Dzisiejszy wicepremier poukładał klocki według swoich reguł i wrocławianie błyskawicznie wrócili na szczyt. Byli na nim do momentu, kiedy Schetyna postawił wyłącznie na politykę (sukcesy w sporcie bardzo mu w karierze politycznej pomogły) i drużynę sprzedał niejakiemu Siemińskiemu. A ten nie potrzebował wiele czasu, by udowodnić, że, w przeciwieństwie do poprzednika, mechanizmów rządzących sportem nie rozumie, że brak mu charyzmy, a nawet dobrze pojętego cwaniactwa. I koszykarski Śląsk z dnia na dzień przestał istnieć. Dlaczego nie pomogło miasto, czyżby znowu zdecydowała polityka? Nie mogę też zrozumieć, dlaczego ikona klubu, jeden z muszkieterów Schetyny - Maciej Zieliński, szef Komisji Sportu Rady Miejskiej, nie podniósł larum, dlaczego nie wymusił na miejskich decydentach podjęcia akcji ratunkowej? Wszak Śląsk przez kilka dekad był wspaniałą wizytówką stolicy Dolnego Śląska, promował miasto daleko poza granicami kraju. Czy to mało? Zapewne wkrótce podobny los spotka wałbrzyski Górnik. Jeśli wałbrzyszanie (a przecież to miasto reprezentuje w parlamencie prezes PZKosz, Roman Ludwiczuk uważany za człowieka wicepremiera) szukają recepty na uratowanie tamtejszej koszykówki, niech zwrócą się po nią do Grzegorza Schetyny. Póki nie jest za późno. Bo Schetyny można nie kochać, ale w jednej drużynie grać z nim warto. Wiedzą o tym ludzie sportu, wiedzą też ci, którzy związali się z wicepremierem już na wczesnym etapie jego politycznej kariery. Miała koszykówka swojego Schetynę, zaś żużel Malickiego i Ruskę. W latach 80. wrocławski speedway był w agonii. Chętnych, by uratować go przed pogrzebem, brakowało. Ale wschodząca wówczas gwiazda palestry, pełen zapału i miłości do żużla mecenas Andrzej Malicki zaryzykował. Namówił do pomocy ludzi, którzy sami siebie nie podejrzewali o to, że speedway tak mocno wkroczy w ich życie. I niemożliwe stało się faktem. Żużel we Wrocławiu przetrwał, a miłośnicy tej dyscypliny do dziś są wdzięczni mecenasowi Malickiemu. Niespełna dekadę później, po wycofaniu się korporacji ASPRO (miała w planach zbudowanie wielkiej Sparty), przyszłość wrocławskiego speedwaya ponownie stanęła pod znakiem zapytania. Andrzej Rusko wcześniej pomagał sprzętowo Zbigniewowi Lechowi, więc trochę o żużlu wiedział. Ale o przejęciu sekcji absolutnie nie myślał, zwłaszcza że zbiegło się to w czasie ze startem telewizji Polsat, której był jednym z twórców. Uległ jednak namowom kilku osób, a może po prostu miał intuicję i stanął na czele WTS - podmiotu, który stał się nowym właścicielem klubu żużlowego. I wygrał szóstkę w totolotka. Sparta-Polsat rozpoczęła zdecydowany marsz ku największym w historii żużla we Wrocławiu sukcesom. Podobnie jak w przypadku Schetyny o powodzeniu rozstrzygnęły cechy charakteru: konsekwencja w działaniu, twardość w negocjowaniu, często bezkompromisowość. Rusko także miał, i ma nadal, wielu oponentów, ale z pewnością jako prezes WTS był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. W przeciwieństwie do Siemińskiego nie zostawił jednak po sobie spalonej ziemi i chwała mu za to. Takich Schetynów i Rusków potrzeba polskiemu sportowi jak najwięcej, zwłaszcza teraz, kiedy kryzys coraz dotkliwiej doskwiera również tej dziedzinie życia. Tylko skąd ich wziąć?
**
Marzenie - uciec spod gilotyny
Właściwie nie ma tygodnia, byśmy nie odnosili się do trudnej, często wręcz dramatycznej sytuacji wielu polskich klubów sportowych. Niektóre znalazły się na krawędzi przepaści, inne już w nią wpadły. Swoje robi kryzys ekonomiczny, brak systemowych rozwiązań w rodzimym sporcie, ale też nokautujące dla znaczących podmiotów zarządzenie ministra skarbu w sprawie prowadzenia działalności sponsoringowej przez spółki z większościowym udziałem Skarbu Państwa. Podobno niezbyt przejmują się tym faktem w Lubinie i Bełchatowie. W drugiej aglomeracji z pomocą klubowi ma przyjść miasto (chce przejąć wszystkie udziały PGE w Sportowej Spółce Akcyjnej GKS, pod warunkiem, że PGE podpisze wieloletnią umowę sponsorską), zaś w Lubinie uważają, że zarządzenie ministra Grada nie dotyczy KGHM, bowiem udział Skarbu Państwa nie przekracza w miedziowym kombinacie 50 procent. O naiwni. Zapominają, że o obsadzie władz KGHM w całości decyduje rząd. Więc jeżeli uzna, że na Zagłębie ma spaść Grad, to spadnie. Ale dla swoich przygotowano furtkę. Spółkom wolno prowadzić sponsorowanie na rzecz sportu, jednak musi to pozytywnie wpływać na jej wizerunek. Kto określi, czy tak właśnie się dzieje, jakie zastosować kryterium, wie zapewne tylko minister i jego przełożeni. Idę o zakład, że z życiowym fair play niewiele będzie to miało wspólnego. Zdecyduje polityka. Mieszkańcy Lubina i okolic to potencjalni wyborcy (matecznik m.in. wicepremiera Schetyny). Cios w Zagłębie to także cios w nich samych. Czy można ich zatem zignorować? W Lubinie ciągle śpią spokojnie, natomiast w Jeleniej Górze i Wałbrzychu słychać płacz i zgrzytanie zębów. Piłkarki ręczne Carlosa nie mogą uwierzyć, że przyjdzie im prawdopodobnie już w najbliższych tygodniach uczestniczyć w pogrzebie ukochanej drużyny. Nie ma kasy nie tylko na prowadzenie normalnej działalności sportowej, ale nawet - mimo heroicznych wysiłków małżeństwa Jeżów - na podstawowe potrzeby. W niewiele lepszej sytuacji znalazły się koszykarki Finepharmu AZS KK, do czego w znacznym stopniu przyczynił się właściciel zespołu (jako żywo przypomina to przypadek koszykarzy Śląska Wrocław). A przecież występy jednego i drugiego zespołu w najwyższej klasie rozgrywek to znakomita promocja miasta. Władze Jeleniej Góry nie wiedzą o tym, czy może nie chcą wiedzieć? Jakoś o innych tamtejszych sukcesach nie słychać. W Wałbrzychu gilotyna ścina właśnie ostatniego dogorywającego przedstawiciela sportowej społeczności - koszykarski Górnik (jeszcze przez chwilę z dodatkiem Victoria). Odeszli co cenniejsi zawodnicy, zmienił otoczenie wałbrzyszanin, trener Adamek. A Fryderyk Krukowski, prezesujący spółce koksowniczej Victoria, właśnie czyni to, co przewidziałem ponad trzy miesiące temu - zarządza odwrót swojej firmy ze sponsorowania koszykówki. To co pozostanie w mieście, które przed laty rywalizowało - często skutecznie - o miano sportowej stolicy regionu? Nie chce mi się wierzyć, że nie ma w Wałbrzychu drobnych, jeszcze zipiących, przedsiębiorców, gotowych wyłożyć parę groszy na utrzymanie drużyny koszykarzy. To dlaczego jest, jak jest? Zresztą i we Wrocławiu dzieje się nie najlepiej. Koszykarki Ślęzy w odwrocie (o ekstraklasie mogą zapomnieć, co do reszty - czas pokaże), piłkarze ręczni Śląska jak przed egzekucją - brak awansu to ostateczne pożegnanie z drużyną jej głównych żywicieli, w piętkę gonią siatkarze Gwardii, a sytuacja piłkarek ręcznych beniaminka ekstraklasy AZS AWF woła o pomstę do nieba. Ekipa z tradycjami to szalone hobbystki, właściwie wolontariuszki. Któż inny zgodziłby się grać za trzystuzłotowe stypendium? Ale i tak byt zespołu jest zagrożony. Bo problemem okazuje się znalezienie ok. 200 tysięcy złotych na występy w ekstraklasie. To tyle, co sześciomiesięczne uposażenie piłkarza, niemieszczącego się nawet w kadrze ekstraklasowej drużyny. Świat stanął na głowie. Apeli nigdy dość, więc czynię to po raz kolejny. Panie prezydencie Dutkiewicz, panie marszałku Łapiński, szanowni radni wszelkiej maści (i ci miejscy, i wojewódzcy) - nie dajcie zginąć zasłużonym sekcjom, wesprzyjcie działania ludzi, którym to nie jest obojętne. Oni na to wsparcie naprawdę zasługują. Bo zniszczyć coś cennego jest bardzo łatwo, znacznie trudniej to potem odbudować.
***
Wrocławskie Euro we mgle
Choć od ogłoszenia decyzji o przyznaniu finałów piłkarskich mistrzostw Europy Polsce i Ukrainie minęło już kilkanaście miesięcy, szok wywołany tą informacją w obu krajach jeszcze nie minął. Tak przynajmniej należałoby wnioskować po działaniach (czy może raczej ich braku) decydentów w miastach wyznaczonych do roli gospodarza tej prestiżowej imprezy. Wśród nich znalazł się Wrocław, a zabrakło m. in. Krakowa, który dysponował, wydawałoby się, znacznie większą liczbą argumentów. Co więc decydowało? Ano, jak zawsze w RP (a i wcześniej w PRL także), polityka. Wrocław, mimo iż zaliczył dwa pudła w staraniach o EXPO i Europejski Instytut Technologiczny, dostał kolejną szansę, by udowodnić, że jest prawdziwie europejskim miastem. Błyskawicznie namnożyło się instytucji odpowiedzialnych za Euro 2012: za zorganizowanie konkursu na projekt nowego stadionu oraz znalezienie wykonawcy, za promocję, za obsługę prawną, wolontariat, za dobór papieru toaletowego, za... . Powołano zarządy, rady nadzorcze, dyrektorów, tłum chętnych do zrobienia kasy i być może kariery przy okazji futbolowego Euro. Stosunkowo najprościej poszło z wykupem terenu pod budowę przyszłego stadionu. Schody zaczęły się w momencie rozstrzygania przetargu na jego budowę. Najkorzystniejszą ofertę przedstawiło konsorcjum z udziałem Mostostalu Warszawa i zostało zwycięzcą przetargu, przede wszystkim (choć nie tylko) ze względu na najniższą cenę - 730 milionów. To i tak o ok. 300 baniek więcej, niż wyliczyli "specjaliści" z UM - fachowcy, nie ma co. Ale wówczas do akcji wkroczyła niemiecka firma Max Bogl, której prawnicy dopatrzyli się błędów w umowie z bankiem zapewniającej pieniądze na wpłatę wadium. Ciekawe, że nie dostrzegli błędu prawnicy spółki Euro 2012, sowicie opłacani za..., tak naprawdę nie wiadomo, za co (przynajmniej na razie). Smaczku sprawie dodaje fakt, że ze składającą protest firmą - realizował z nią wiele inwestycji - związany jest niejaki Thomas Speck, członek zarządu spółki Wrocław 2012. Toż to "pachnie" na odległość. A swoją drogą ciekawe, skąd ów Niemiec w spółce? Nasi się nie nadają? O tym, kto ostatecznie zbuduje arenę na mistrzostwa Europy, rozstrzygnie sąd arbitrażowy Krajowej Izby Odwoławczej. A może stadion w ogóle nie powstanie? Z takim pomysłem "jak diabeł z pudełka" wyskoczył szef dolnośląskiego Pis, Dawid Jackiewicz. Stwierdził, że za pieniądze, które Wrocław będzie musiał wydać na budowę stadionu (słusznie powątpiewa, że całość zamknie się kwotą mniejszą niż niemal miliard złotych), można by np. postawić dwa mosty, znacznie usprawniając kiepski układ komunikacyjny w mieście. Dla mnie to czysta demagogia, o którą posła Jackiewicza (wywodzi się ze sportowej rodziny) nie podejrzewałem. Wszak, gdyby Wrocław zrejterował, byłaby to totalna kompromitacja. I zepchnięcie stolicy Dolnego Śląska do rangi miasta peryferyjnego. Ale wypowiedź szefa PiS narobiła sporo zamieszania, wprowadziła nerwową atmosferę w niejednym gabinecie. Przecież przy Euro już dziś żywi się cała armia ludzi, a do mistrzostw pozostało 40 miesięcy - niezła fucha. Zastanawiam się, jakie argumenty zdyskwalifikowały Stadion Olimpijski (oczywiście, poważnie zmodernizowany) jako arenę Euro 2012. Opinia konserwatora zabytków, architektów czy może powody znane głównie miejskim decydentom? Bo kasy trochę by się zaoszczędziło (teraz oszczędzamy na wszystkim) i można by ją przeznaczyć np. na rozbudowę portu lotniczego. Ale to byłaby słaba karta przetargowa w czasie kolejnych wyborów. A przecież one są w tym europrzedsięwzięciu najważniejsze. Póki co, stadion na Maślicach - nawet przy słonecznej pogodzie - tonie we mgle, jak wszystko, co ma owej inwestycji towarzyszyć. I jeśli nie powieją, i to szybko, mocne wiatry, w tej mgle pozostanie. A Euro 2012 zamiast Wrocławia zorganizuje Kraków lub Chorzów.
***
Szmal odebrał im rozum
Jest takie powiedzenie, że jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Stuprocentowa prawda! Choć może nie do końca to trafne stwierdzenie, bowiem chodzi o ludzi, których postawa świadczy raczej, że owego rozumu nie posiadają. A na pewno nie posiadają klasy, umiejętności budowania właściwych relacji międzyludzkich, kultury osobistej, mają zaś w nadmiarze arogancję, tupet, pogardę dla innych. A wszystko to z jednego tylko powodu - worka szmalu, w wielu przypadkach zdobytego w nie do końca jasnych okolicznościach. Takich postaci nie brakowało i nadal nie brakuje w polskim sporcie. Nie kwestionuję, że i im zdarzało się zrobić coś pozytywnego dla lokalnej społeczności, dla określonej dyscypliny czy zespołu, ale przychodził moment, kiedy król okazywał się nagi. Czyli zaczynała obowiązywać zasada: wszystkie karty na stół. Niestety, często były to karty znaczone. Ten felieton pragnę poświęcić dwóm facetom, którzy swój (i swoich firm) image postanowili budować poprzez sport. Bo nawet oni rozumieli, że to najtańsza (wbrew pozorom) i najbardziej skuteczna forma promocji, także jedyna - być może - szansa zaistnienia w tzw. towarzystwie. Jeden z owych biznesmenów jeszcze nie tak dawno mocno ekscytował społeczność wrocławską, będąc blisko przejęcia piłkarskiego Śląska, czy może raczej rozpoznawalnego i cenionego szyldu. To niejaki Zbigniew Drzymała, który próbował wcisnąć - oczywiście, nie za darmo, wręcz przeciwnie - stolicy Dolnego Śląska swój Groclin, stadion i ośrodek treningowy w Grodzisku Wielkopolskim, zachowując największe konfitury (tj. karty zawodnicze najlepszych grajków oraz pełnię władzy w sportowej spółce akcyjnej) dla siebie i swojej rodziny. I niewiele brakowało, by miasto zrobiło ten "rewelacyjny" interes, bowiem różnej maści doradcy mocno do tego prezydenta Dutkiewicza namawiali. Na szczęście, za pięć dwunasta włodarz nr 1 Wrocławia wyhamował, poszedł po rozum do głowy i Drzymała musiał obejść się smakiem. A prezydent uniknął nie tylko gniewu kibiców (potencjalnych wyborców), ale zapewne także kompromitacji i ataku politycznych przeciwników. Więc już bez picu Drzymała sprzedał futbolowy biznes Józefowi Wojciechowskiemu, właścicielowi firmy deweloperskiej J.W. Construction. Wspomnianych panów wiele łączy. Obaj kilka lat spędzili w USA, gdzie rzekomo dorobili się niezłej kasy (w okolicznościach niezbyt jasnych), obaj - choć dochodzili do tego odmiennymi drogami - zaistnieli (w szerszym tego słowa znaczeniu) w RP dzięki wejściu w sport, obaj też zwykli traktować ludzi z właściwą sobie "klasą". Doświadczyli tego zawodnicy, trenerzy, działacze piłkarskiego Groclinu, warszawskiej Polonii i siatkarskiego AZS Politechnika (w nazwie ciągle jeszcze J.W. Construction). Pouczającą lekcję odebrali czytelnicy "Przeglądu Sportowego", w którym ukazały się wywiady z Drzymałą (6.02.) oraz Wojciechowskim (9.02.). Były właściciel Groclinu zapytany, czy zdarzało mu się wejść do szatni w przerwie meczu, odpowiedział: "Oczywiście. Właściciel ma prawo do wszystkiego. Zawsze oczekiwałem od trenera, że mnie przekona, dlaczego wystawia taki skład, a nie inny. Jeśli jego decyzja była niezgodna z moimi poglądami, ryzykował utratę posady po przegranym meczu. Najbardziej upierał się przy swoim zdaniu Lorens, więc pracował najkrócej." Ale Wojciechowski ani myśli być gorszy: "Do szatni mogę wejść zawsze wtedy, gdy tylko będę miał na to ochotę. Ja wykładam pieniądze na klub, ja płacę za szatnię, piłkarze grają w butach, które im kupiłem, więc mam prawo do wszystkiego". Brawo! Kłania się poganiacz niewolników. I nie tylko. Wojciechowski chce uchodzić za cwaniaka. Dlatego próbuje zaoszczędzić na piłkarzach, przesuwając niewygodnych do IV-ligowych rezerw. A tam - jak twierdzi szef J.W. Construction - grają amatorzy, więc kasa im się nie należy. Futboliści, w tym byli reprezentanci kraju, mają o Wojciechowskim swoje zdanie: "Wojciechowski oszukuje piłkarzy w wielu sprawach. Dla mnie ten człowiek jest zwykłym oszustem!" - twierdzi jeden z nich. Zapewne podobnego zdania są siatkarze AZS Politechnika, wystawieni przez dewelopera do wiatru w trakcie sezonu, w którym spisują się nader dzielnie. A może po prostu Wojciechowski tak nauczył się działać w czasach swojej znajomości ze znanym trójmiejskim gangsterem "Nikosiem" ("Mój kontakt z nim polegał na tym, że widziałem go myjącego samochód przyjaciela" - kpił z żurnalisty). Pieniądze niejednemu namieszały w głowie. Wygląda na to, że w przypadku wspomnianych "dobrodziejów" sportu namieszały solidnie. Myślę jednak, że zwłaszcza Józef Wojciechowski jest facetem niereformowalnym. Raz jeszcze cytat z "Przeglądu Sportowego": "Robię to, co uważam za słuszne. Nie lubię być pouczany przez prasę, jak mam postępować".
***
Za wszystko zapłacisz kartą, trener z autorytetem - bezcenny
Sukcesy sportowców są pochodną ich talentu, pracowitości, konsekwencji w dążeniu do celu. Ale też - o czym rzadko kto pamięta - efektem tego, że we właściwym miejscu i czasie trafili na właściwego człowieka, który potrafił ich po ścieżce wiodącej do owych sukcesów poprowadzić. To trener. Nie jakiś tam, a szkoleniowiec z autorytetem, czyli osoba ciesząca się mirem, będąca wyrocznią, mistrzem. Niewątpliwie takim autorytetem od kilkudziesięciu już lat cieszy się fiński trener skoków narciarskich Hannu Lepistoe. Musiał to przyjąć do wiadomości - choć bardzo nie chciał - prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner. Kiedy przez pierwszą część sezonu fatalnie (biorąc pod uwagę jego klasę) prezentował się Adam Małysz, prezesunio przypomniał sobie, kto stał za złotem skoczka z Wisły wywalczonym na mistrzostwach świata w Japonii. Ten, którego pozbył się w sposób daleki od przyjętych standardów - takich, do jakich Lepistoe nie był przyzwyczajony. A pracował z wieloma wybitnymi zawodnikami. Janne Ahonen ilekroć nie mógł sobie poradzić z samym sobą, zwracał się właśnie do swojego rodaka, czyniło tak też wielu innych znakomitych skoczków. Bo dla nich Lepistoe był i jest niekwestionowanym autorytetem. Tak, jak byli nimi Stamm czy Wagner, a jest - przykład najświeższy - Bogdan Wenta. Jeśli ktokolwiek miał co do tego jakieś wątpliwości, pozbył się ich na piętnaście sekund przed zakończeniem dramatycznego meczu Polaków z Norwegami w chorwackich mistrzostwach świata. Wenta, choć wydawało się to niemożliwe, dokładnie przewidział scenariusz wydarzeń w tych ostatnich sekundach. I kiedy "gotowało się" na widowni, w obu obozach, w polskich i norweskich domach, Wenta ze spokojem stwierdził: "Oni wprowadzą siódmego zawodnika w polu - musimy przejąć piłkę i rzucić do pustej bramki. Mamy dużo (!) czasu". I tak się właśnie stało. Siódmiak przejął piłkę, rzucił do pustej bramki i Polacy awansowali do strefy medalowej, a Norwegom pozostał mecz o 9. miejsce w mistrzostwach. Ale autorytet wśród kadrowiczów zbudował Wenta już dawno. Świadczył o tym choćby fakt absolutnego podporządkowania się reprezentantów poleceniom trenera, mimo że z większością (a nawet chyba ze wszystkimi) szkoleniowiec jest po imieniu. Wielki sportowiec, charyzmatyczny trener. Nic, tylko sklonować. Na miano autorytetów zasłużyli także szkoleniowcy z naszego regionu. Wymienię nazwiska Adama Medyńskiego, Marka Cieślaka, Jerzego Adamka, choć lista zasługujących na takie miano jest znacznie dłuższa. Dla Adamka sala zapaśnicza to nie był drugi dom, a pierwszy. Wychował dziesiątki znakomitych zawodników, przysposobił do zawodu kilku swoich następców. Ciągle pozostaje z nimi w kontakcie, pomaga w pracy, udziela rad. Marek Cieślak był czołowym polskim żużlowcem, od dwudziestu kilku lat zajmuje się trenerką. W przyszłym roku minie 10 lat jego pracy we Wrocławskim Towarzystwie Sportowym. Jak rzadko kto w tej dyscyplinie umie jednakowo dobrze porozumieć się zarówno z doświadczonymi żużlowcami, jak i wchodzącymi dopiero na ścieżkę sukcesów młodymi zawodnikami. Nie przez przypadek kierownictwo rodzimego speedway'a powierzyło mu szefowanie reprezentacjom seniorów i juniorów. Szanują go wszyscy podopieczni, a Jason Crump powiedział, że Cieślak to najlepszy trener - menedżer, jakiego w życiu spotkał. Komentarz zbyteczny. Adam Medyński - legenda polskiej, a właściwie światowej szpady. Wychował medalistów olimpijskich w roku 1980, srebro igrzysk wywalczyła dwójka prowadzonych przez niego azetesiaków w roku 2008. Trzydzieści lat na szczycie! Czyż mógłby tego dokonać człowiek bez autorytetu? Zwłaszcza, że "Medyk" do najłatwiejszych we współżyciu nie należy. A może właśnie dlatego lista jego (i jego podopiecznych) sukcesów jest długa jak Amazonka? Nie znam drugiego tak zaangażowanego w pracę trenera 72-latka. Czyż trwanie na posterunku w świetnej formie i "produkowanie" kolejnych mistrzów byłoby możliwe bez posiadania potężnego autorytetu, zarówno wśród młodych adeptów szermierki, jak i uznanych szpadzistów? Odpowiedź jest prosta: nie. Dlatego polskim sportowcom należy życzyć, by takich Wentów, Medyńskich, Cieślaków i Adamków było jak najwięcej. A wówczas o przyszłość naszego sportu nie będziemy musieli się martwić.
***
Kochać, jak to łatwo powiedzieć
Jestem wapniakiem, czyli facetem starej daty. Co wcale nie oznacza, iż to, co nowe, stanowi dla mojego jestestwa zagrożenie. Wręcz przeciwnie - uwielbiam współczesną muzykę, nowe trendy w modzie, nawet staram się zrozumieć uwarunkowania rządzące dzisiejszym sportem (choć akurat to przychodzi mi z coraz większym trudem). A w nim liczy się nie wynik, nie tzw. ideologia, tylko kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Dlatego postępowanie według zasady "catch - as - catch - can", czyli wszystkie chwyty dozwolone, już nie tylko nie szokuje, ale nawet nie dziwi. Ba, są cwaniacy, którzy, zachowując pozory, działają w sposób budzący sprzeciw, a nawet odrazę, a jednak społecznie akceptowany. Powiem więcej, naiwność (wolę nie używać określenia głupota, by nie urazić autentycznie naiwnych) odbiorców powoduje, iż rzekomi mecenasi śmiało mogą przywdziać szaty bohaterów, sprzedawać siebie jako postaci e niemal kryształowe, wyczulone na los ludzi, skrzywdzone przez życie. A jednocześnie obficie korzystające z owej naiwności, nieobcej przedstawicielom różnych środowisk, także tych, które hasła o miłości, wierności i konieczności pomocy "zagubionym w brutalizującym się z dnia na dzień świecie" mają wypisane na sztandarach. Na dodatek, swoją postawą na arenie sportowej i poza nią, pragną wyznaczać innym drogę, którą każdy człowiek podążać powinien. Jednym słowem, świecić przykładem. Odnosząc się do tytułu dzisiejszego felietonu, to ni mniej, ni więcej (a propos tego wapniaka), tylko słowa piosenki - młodzi spytają, kto zacz - Piotra Szczepanika: "Kochać, jak to łatwo powiedzieć". Łatwo. Piotr Świerczewski, Radosław Majdan. Mocne w polskim futbolu nazwiska. Szkoda, że nie tylko z racji sportowych talentów i umiejętności. "Świru" nie znosi autorytetów, ma duży temperament i wielkie mniemanie o swoich przymiotach. Oczywiście, choć nie jest instytucją charytatywną, zdarza mu się zrobić coś zjednującego sympatię zwykłego (raz jeszcze podkreślam - naiwnego) zjadacza chleba. Jest facetem sympatycznym, wręcz urokliwym, zwłaszcza jeśli w pobliżu znajdują się telewizyjne kamery (pomijam kamery przemysłowe, rejestrujące trochę nerwowe reakcje p. Piotra na uzasadnione interwencje organów ścigania). Radzio Majdan jest jednak lepszy od kumpla z boiska. Potulny jak baranek, unikający kłopotów, a przy tym zatroskany o los przeciętnych Kowalskich. Wszak wespół z eks (a może jednak nie? - któż to może wiedzieć) małżonką, niejaką Dodą wielokrotnie uczestniczył w rozmaitych akcjach. Oczywiście, zawsze gratisowo, ha, ha, ha. Kamera TV obowiązkowa. Jak jej nie ma, można dołożyć w knajpie fotoreporterowi. A potem udać, że to było odganianie muchy. Młodzi, czerpcie wzory! Wyczulenie na krzywdę innych to jednak nie tylko przywilej piłkarzy. Znane są w tej materii akcje z udziałem przedstawicieli innych gier zespołowych, sportów motorowych czy walki. Popularność zyskały zwłaszcza przedsięwzięcia bokserów, wśród których perłą okazał się Dariusz Michalczewski. Polski zawodowy mistrz świata, polskim został u schyłku sportowej kariery. Wcześniej prężył pierś, kiedy grali hymn niemiecki. Ale przyszłość lepiej było budować w wolnej Polsce - wolnej od europejskich, prawniczych standardów, ciągle zakompleksionej, wiele ludziom z "tamtej strony kurtyny" wybaczającej. Więc "Tygrys" stał się (karierę zakończył niezbyt chlubnie już w biało-czerwonych barwach) idolem, niemal wzorem dla młodych Polaków. Takim kreowały go media, za takiego uważały różne, na akcenty moralno-etyczne wyczulone, instytucje. Nie przeszkadzało to, że Michalczewski prowadził wybitnie rozrywkowe życie, przehulał kilkanaście milionów euro na gorzałkę, panienki, kasyna, że rozwiódł się z dziewczyną, o której mówił, iż jest jego wielką miłością. W III RP podjął próbę zmiany wizerunku. Otworzył kilka biznesów (3 puby i fitness club), założył fundację "Równe szanse" dla młodziutkich adeptów boksu, ale jednocześnie nie rezygnował z licznych uciech. A że agresję przejawiał nie tylko w ringu, pojawiły się kolejne kłopoty. W połowie ub. roku - nie był to pierwszy taki wyskok - p. Darek przyłożył facetowi, którego eksterier nie przypadł mu do gustu. Wkrótce czeka byłego mistrza pięści rozprawa i, prawdopodobnie, wyrok. Podobno Michalczewskim interesują się też organy skarbowe, a z kasą, jak wieść niesie, nie najlepiej. P. Dariusz niespecjalnie się tym przejmuje. Bywa na rautach, galach, na których często jest honorowany za swoją społeczną działalność. Na jednej z nich, organizowanej przez BCC, odebrał nagrodę z rąk biskupa pomocniczego warszawskiego Piotra Jareckiego. Zanim do tego doszło, "Tygrys", zajmując miejsce na widowni obok wspomnianego dostojnika Kościoła katolickiego, obficie raczył się wyjmowanymi spod fotela drinkami (o skrępowaniu nie było mowy - twierdzą świadkowie). Tak, oto zadziorny chłopak z gdańskiego podwórka rozmienia się na drobne, bardzo drobne. A szkoda, bo rzeczywiście mógł być autentycznym wzorem dla młodego pokolenia. Tak, jak jest nim inny przedstawiciel sztuki walki na pięści, wrocławianin Mariusz Cendrowski. Jednak jego nikt nie honoruje, nie nagradza. Dlaczego? No właśnie, dlaczego?
***
PZPN, czyli prokuratura zgarnia panów nieuczciwych
Bez piłki kopanej świat byłby nudny. Zwłaszcza tej w polskim wydaniu, dzięki czemu rodzimi żurnaliści nie muszą się martwić o brak atrakcyjnych tematów. Nie musi się też martwić o brak zajęć "Brygada Tygrysa" wrocławskiego prokuratora Edwarda Zalewskiego. Zadbała o to ekipa prezesa Michała Listkiewicza, zaś jego dzieło z powodzeniem kontynuuje paczka (to tak w nawiązaniu do określenia miejsca odosobnienia, zwanego paką - popularnego wśród futbolowych krętaczy) Grzegorza Laty. W składzie nowego zarządu piłkarskiej centrali znalazło się co najmniej (bo proces trwa i nabiera szybkości) kilku delikwentów z już postawionymi zarzutami złamania prawa, bądź takich, których czeka to w najbliższej przyszłości. Ba, na tapecie znalazł się (niech pan nie struga wariata, panie prezesie) sam Lato, któremu amnezja nakazała zapomnieć o wrzuconej do szuflady kasie za coś, czego rzekomo nie było. Póki co, swawolnego Grzesia wyprzedza w biegu do aresztu (ma już postawione konkretne zarzuty) sekretarz generalny związku, Zdzisław Kręcina. Obu dżentelmenów zaś zdystansował niejaki Henryk Klocek, facet bezczelny, zaprzeczający oczywistym faktom, jeden z przywódców mafijnych układów rządzących polską piłką. Na celowniku wrocławskich prokuratorów znajdą się zapewne inni z członków zarządu, bezpośrednio lub pośrednio uczestniczący w przestępczym procederze (kilka nazwisk jest publiczną tajemnicą). Nie ma co, będąca od miesięcy w centrum zainteresowania opinii publicznej instytucja, rzeczywiście przeszła głębokie przeobrażenia. I śmiało prze do przodu w swojej reformatorskiej robocie. No bo jak wytłumaczyć zgodę na pracę w klubie asystenta Beenhakkera Rafała Ulatowskiego. Wszak ten ostatni opuścił Zagłębie Lubin, by móc skupić się na 100-procentowym wypełnianiu reprezentacyjnych obowiązków. W Bełchatowie Drobniewskiego już to przeszkodą nie jest - wszak dyrektor sportowy PZPN Jerzy Engel pragnie jak najszybciej ustrzelić Beenhakkera, a tym samym także ludzi z selekcjonerem związanych. I wówczas bajki, serwowane nam przez Ulatowskiego (w stylu: pragnę wzbogacić swój warsztat, oczywiście, nie za darmo), nie będą już miały żadnego znaczenia. Kolejny kwiatek aferzystów z Miodowej to nieudolne (jak większość pociągnięć) poszukiwania rzecznika prasowego związku. W chwilę po wyborze na stołek prezesa Lato z tajemniczym uśmiechem zakomunikował, że szykuje niespodziankę. To miał być rzecznik - kobieta. No i zaczęły się poszukiwania. Krystyna Czubówna (ach, ten aksamitny głos!), Agata Passent - trzeba przyznać, że mocne nazwisko, Paulina Staszcz-Kurzajewska. Ta ostatnia to żona znanego sportowego dziennikarza telewizyjnego i zapewne byłaby w sam raz (nic to, że piłka to dla niej tabula rasa), gdyby - biorąc przykład z PZPN-owskich bossów - trochę nie przedobrzyła w żądaniach finansowych. Zażyczyła sobie ni mniej, ni więcej, "tylko" 40 tysięcy złotych. Tyle futbolowa centrala dać p. Paulinie nie mogła. Poszukiwania trwają więc nadal - może to być blondynka, z długimi nogami i dużymi "oczami", ale za maksimum 20 kawałków. Znajomość realiów piłkarskich niekonieczna, a wręcz niepożądana. A propos szmalu. Prezes Lato - społecznik za 28,5 tysiaka, sekretarz Kręcina męczy się za skromne 22 tysiące, zaś oczekujący wyraźnej podwyżki dyr. Engel (ojciec "świętoszka" Jerzego E. - juniora, jednego z ulubieńców ludzi prok. Zalewskiego) nie dojada, bo jakże można się utrzymać za marne 15 tys. Ot, taka Miodowa rzeczywistość. Może już niedługo. Przesłanek do trzęsienia ziemi w PZPN jest aż nadto sporo. Czekają na nie działacze dolnośląscy, wyautowani przez leśnych dziadków prezesa Laty. Wszystko w związku ze zignorowaniem (o czym już nieraz w "Słowie Sportowym" pisałem) ochlaju przedwyborczego p. Grzegorza. Kolejny, po wycięciu ludzi Jerzego Kozińskiego z wszelkich władz futbolowej centrali, rewanż - już prezesa Laty - miał miejsce niedawno. Wódz był umówiony na spotkanie z działaczami naszego regionu w Sobótce. Ale nie dojechał. Olał "zadżumionych" Dolnoślązaków, totalnie zlekceważył burmistrza pięknego miasteczka, który miał go telefonicznie naprowadzić na właściwą drogę do miejsca spotkania. Bo prezes Lato poprzedzający owo spotkanie wieczór (a zapewne i upojną noc) spędził w rodzinnym Mielcu, gdzie hucznie obchodzono jubileusz 70-lecia tamtejszej Stali. Widać suszyło na tyle mocno, że pragnienie okazało się mocniejsze, niż okazja do zaprezentowania się dolnośląskim działaczom. A może po prostu p. Grzegorz przestraszył się konfrontacji z ludźmi, chcącymi autentycznie zreformować zgniłą polską kopaną. Jestem przekonany, że już wkrótce otrzymają taką szansę. I nowy prezes - bo, że taki będzie to pewne, jak dwa i dwa jest cztery - z reformatorskich pomysłów Dolnoślązaków skorzysta. Głowy do góry, panowie!
***
Plebiscyty - wzloty i upadki...
Styczeń to czas, kiedy na ogół rozstrzygają się wyniki najprzeróżniejszych plebiscytów wieńczących całoroczny wysiłek sportowców. Dla jednych to powód do radości, satysfakcji, dla innych wręcz przeciwnie, jak w życiu, w którym przecież nie wszystko się udaje. Oczywiście, wszelkie głosowania czytelników, telewidzów, decyzje kapituł noszą znamiona subiektywizmu. Wszak nie każdemu musi podobać się to samo, wyznaczenie kryteriów jednakowo akceptowanych przez wszystkich biorących udział w tej zabawie (bo to jest, a przynajmniej powinna być, zabawa ) jest po prostu niemożliwe. I zapewne właśnie dlatego rozstrzygnięcia owych plebiscytów wywołują liczne kontrowersje. Zresztą winni są temu sami organizatorzy takich przedsięwzięć, niesłusznie nazywając je głosowaniem na najlepszych, a nie na najpopularniejszych ludzi sportu. Najlepszym przykładem są wyniki mającego długą historię, cieszącego się zasłużonym prestiżem plebiscytu "Przeglądu Sportowego" na naj... roku 2008. Wygrał go Robert Kubica, czwarty kierowca Formuły 1, zwycięzca jednej z rund Grand Prix, a za nim znaleźli się m. in. złoci medaliści igrzysk olimpijskich. Nieco zdegustowani byli nawet zakochani w sportach motorowych, ja jednak broniłbym decyzji czytelników i uczestników głosowania esemesowego. Złoto igrzysk to wynik fantastyczny, ale wejście do elitarnego grona Formuły 1 faceta bez wsparcia wielkiego przemysłu motoryzacyjnego czy paliwowego, bez promowania go przez możnych tego światka, graniczy z cudem. Albo wręcz tym cudem jest. Lista uhonorowanych za osiągnięcia w 2008 r. nieco przewróciła dotychczasowy porządek. Bo prócz Kubicy do dziesiątki awansowała tenisistka - rzecz jeszcze niedawno nie do pomyślenia. Ale też jeszcze nigdy żadna Polka (oczywiście od momentu, kiedy prowadzi się taki ranking) nie uplasowała się w ścisłej światowej czołówce. Mniejszą niespodziankę stanowiła eksponowana lokata biathlonisty Sikory; już w następnych dniach po plebiscytowym rozstrzygnięciu pan Tomek potwierdził, że jest sportowcem wybitnym. Brakiem w gronie najlepszych zawiedzeni byli zapewne dolnośląscy medaliści olimpijscy (Motyka, Andrzejuk, Rańda) oraz bokser Adamek podbijający zawodowe ringi. Jednak najbardziej musiała zaniepokoić nieobecność wśród kandydatów do dziesiątki przedstawicieli najpopularniejszej z dyscyplin - piłki nożnej, Otylii Jędrzejczak czy Adama Małysza. Znak czasu? Honorowaliśmy czołowych sportowców oraz trenerów także na Dolnym Śląsku. Najpierw czynił to jedyny wrocławski dziennik, będący spadkobiercą tradycji "Słowa Polskiego" (choć nie do końca), zaś przed 10 dniami nasze "Słowo Sportowe". Tu zaskakujących wyników nie było, triumfowali uważani za faworytów przez zdecydowaną większość głosujących, choć środowiska związane z poszczególnymi dyscyplinami (dotyczy to zwłaszcza sportów walki) zapewne inaczej widziałyby ostateczną kolejność. Wszystkich zadowolić się jednak nie da. Ta stara jak świat prawda znalazła potwierdzenie na wieńczącym nasz plebiscyt Balu Sportowca. Przedstawiciele Urzędu Miasta zdawali się nie dostrzegać "konkurentów" z Urzędu Marszałkowskiego. I vice versa. Nawet na ten jeden wieczór nie potrafili wznieść się ponad podziały, zaprezentować zasadę fair play, jedną z fundamentalnych w sporcie. A przecież wiem, że sport jest im bliski, że doceniają jego walory moralno-etyczne i promocyjne. Dali tego, także w minionym roku, wielokrotnie dowód. Stąd mój apel pod adresem decydentów z obu instytucji, by przynajmniej przy tej okazji zakopali topory wojenne i wspólnie pracowali na pomyślne jutro dolnośląskiego sportu. Wówczas towarzyszące plebiscytowi bale będą wyłącznie manifestacją radości. A o to w tym wydarzeniu (bo jest to wydarzenie!) chodzi.
WALDEMAR NIEDŹWIECKI





